Strona główna
Nowa strona
 

Witam na blogu społeczno-gospodarczym


Czy Europie Środkowo-Wschodniej grozi czarny scenariusz kryzysu?

(publikacja w nr 2/2009 biuletynu Komitetu Prognoz "Polska 2000 Plus" przy Prezydium PAN)


Obecnie słowo „kryzys” odmieniane jest w mediach przez wszystkie przypadki, a neoliberalni tzw. „analitycy” prześcigają się w przewidywaniu dalszego rozwoju sytuacji. Jednakże większość ich prognoz jest tak trafna, jak wróżenie z fusów. Nie przyniesie więc żadnej ujmy, jeśli do debaty dodam własną hipotezę, która ostrzega przed groźbą pułapki zadłużenia, w którą mogą wpaść niektóre kraje Europy Środkowo-Wschodniej, jeśli zastosują błędną politykę gospodarczą do walki ze skutkami kryzysu finansowego.


Okresy spadku koniunktury występują w każdym typie gospodarki, a cykliczne kryzysy są cechą wrodzoną systemu kapitalistycznego. Jednakże współczesny spektakularny krach finansowy może okazać się doniosły w skutkach dla krajów rozwijających się, zwłaszcza tych z Europy Środkowo-Wschodniej. Obecne zjawisko porównywane jest często z Wielką Depresją z lat 1929-1932. Powstaje pytanie czy jego skutki mogą być równie tragiczne? Niniejszy artykuł przedstawia czarny scenariusz rozwoju sytuacji i został napisany po to, by się nigdy nie sprawdził.

Druga Wielka Depresja

Współczesny krach finansowy, zapoczątkowany w USA już w roku 2007, dotknął najpierw gospodarki Europy Zachodniej, natomiast do Europy Wschodniej może dojść z pewnym opóźnieniem, podobnie jak w przypadku Wielkiej Depresji z lat 30. XX wieku, gdyż obszar ten traktowany jest przez światową finansjerę jako peryferyjny. Gdyby scenariusz kryzysu miał się powtórzyć, to na Zachodzie załamanie koniunktury będzie trwało krócej, tj. w latach 2009-2012, a w niektórych krajach Europy Wschodniej może potrwać nawet do 2015 roku.

Najbardziej zagrożonymi tymże kryzysem mogą być państwa regionu wschodnioeuropejskiego, zarówno te będące nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej, jak i np. pozostającą poza jej obszarem Ukraina. Najostrzejszy wariant załamania rozegrać się może w Estonii, Łotwie oraz na Litwie, Ukrainie i Węgrzech, a wiele wskazuje, że i w Polsce może on mieć gwałtowny przebieg. Wielce prawdopodobne, że oprócz specyficznej struktury gospodarek regionu zdominowanych przez kapitał zagraniczny, przyczyną problemów niektórych wschodnioeuropejskich państw będzie zastosowana przez ich rządy (począwszy od lat 2008-2009) błędna polityka antykryzysowa oparta na schładzaniu gospodarki, co może grozić jej całkowitym załamaniem.

Niewykluczone będą nawet bankructwa niektórych państw, jeśli zagraniczne instytucje międzynarodowe i zachodnie państwa wierzycielskie zażądają natychmiastowej spłaty zaciągniętych u nich długów. Gdyby taki scenariusz miał miejsce, dno kryzysu kraje-bankruci osiągnęłyby w okolicach roku 2011-2012.

Wydaje się, że najszybciej poradzą sobie z kryzysem państwa Europy Zachodniej, gdyż ich rządy wdrożą u siebie szeroko zakrojony prowzrostowy interwencjonizm państwowy oparty na pobudzaniu popytu wewnętrznego i połączony z częściową i tymczasową nacjonalizacją (począwszy od roku 2009). Jednakże również na wschodzie i w środku Europy mogą znaleźć się kraje, które wyjdą z kryzysu obronną ręką. Mogą być nimi Rosja, Białoruś i prawdopodobnie Słowenia, jeśli zastosują podobne interwencjonistyczne rozwiązania, co państwa Zachodu.


Kapitalizm zależny

Główna przyczyna, w wyniku której w części krajów Europy Wschodniej załamanie gospodarcze mogłoby mieć gwałtowny przebieg, tkwi według mnie w cechach charakterystycznych dla gospodarek byłego bloku ZSRR, które po roku 1990 przeszły wolnorynkową transformację. Jednym z efektów przemian jest bowiem znaczny udział zagranicznego kapitału w gospodarce narodowej, osiągający w przemyśle i bankowości poziom od 65% w Serbii do 100% w Estonii. Pod tym względem kraje Europy Środkowo-Wschodniej są ewenementem światowym, gdyż nigdzie indziej (poza Chile) nie występuje tak silna dominacja obcej własności w gospodarce narodowej. Normą dla państw starej UE jest udział kapitału zagranicznego na poziomie 15% w przemyśle i 13% w bankowości, a nigdzie w świecie zachodnim nie przekracza on bariery 50%.

Ciekawą kwestią jest, że podobny model gospodarki zależnej od zagranicznego kapitału reprezentowały kraje, przez które przetoczyły się kryzysy zadłużeniowe: Meksyk w roku 1995, Rosja w 1997, tygrysy azjatyckie (Korea Południowa, Tajlandia, Malezja, Indonezja) w 1998, czy Argentyna w 2001. Może oznaczać to, że ten rodzaj gospodarki jest bardziej niż inne wrażliwy na szoki zewnętrzne, wstrzymanie inwestycji i prowadzenie błędnej polityki budżetowej.

Innymi podobieństwami ustroju społeczno-gospodarczego krajów potransformacyjnych są:

Znaczne zadłużenie zagraniczne (zwłaszcza szybko rosnące zadłużenie krótkoterminowe)sięgające np. dla Węgier i Polski ponad 100 miliardów USD w roku 2008 (suma, którą osiągnęła Argentyna tuż przed krachem finansowym w 2001 roku).Dług narastał w wyniku kredytów zagranicznych pozyskiwanych przez rządy krajowe (zarówno przed, jak i po roku 1990), które udzielane były przez kraje zachodnie, Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy;Zmiany oprocentowania kredytów zagranicznych w wyniku zmian kursów walutowych spowodowały lawinowy wzrost odsetek. Kraje spłacają odsetki, ale nie są w stanie spłacić kwoty bazowej kredytu, od której naliczane są kolejne odsetki. W ten sposób kredyty stają się niebywale trudne do spłacenia i przy najmniejszych problemach z płynnością finansową państwa istnieje ryzyko wpadnięcia w pułapkę zadłużenia.Kredyty zagraniczne zostały obwarowane określonymi wytycznymi dla rządu: równoważenie budżetu, walka z inflacją, prywatyzacja kolejnych sektorów gospodarki narodowej – to zalecenia skłaniające do prowadzenia polityki schładzania gospodarki.

Znaczny deficyt budżetowyco stwarza niebezpieczeństwo załamania systemu finansowego państwa:finansowanie bieżącego funkcjonowania państwa dokonuje się przez emisję obligacji skarbu państwa, prywatyzację i pozyskiwanie kolejnych kredytów u zagranicznych wierzycieli, co jeszcze powiększa deficyt finansów publicznych.budżet państwa ma w głównej mierze charakter konsumpcyjny, a nie inwestycyjny;sektor inwestycji w branżach nowoczesnych technologii i innych przynoszących duże dochody opiera się głównie na inwestycjach zagranicznych, z których zyski czerpią w pierwszej kolejności inwestorzy zagraniczni, natomiast skąpe inwestycje państwowe czy komunalne, zorientowanie na utrzymanie dotychczasowej infrastruktury, nie pozwalają generować oszczędności, którymi możnaby spłacić dług;

Ryzyko utraty płynności finansowej systemu bankowegoliberalizacja obrotu dewizami umożliwiła niekontrolowany transfer wkładów bankowych za granicę;drogi kredyt w bankach krajowych skłania rodzimych przedsiębiorców (zwłaszcza eksporterów) do zaciągania tańszych kredytów w bankach poza granicami kraju, ale przez to wystawiając ich na ryzyko kursowe;zawyżony kurs waluty nieodpowiadający stanowi gospodarki (silna waluta, lecz słaba gospodarka);płynny kurs skutkuje podatnością waluty na spekulację.

Bierne otwarcie gospodarki na napływ inwestycji zagranicznych i importu:kosztem aktywnego wsparcia rodzimej produkcji na rynek wewnętrzny i eksport;własność zagraniczna w sektorze bankowym i przemysłowym wynosi 65-100% opierając się na strukturze filii koncernu uzależnionych decyzyjnie i finansowo od centrali-matki znajdującej się za granicą;import niektórych towarów z zagranicy pokrywa 40-80% konsumpcji krajowej, obejmując nawet proste produkty, które mogłyby być wytwarzane w kraju;duże uzależnienie eksporterów krajowych od światowych cen żywności i surowców.


Cechami kapitału zagranicznego inwestującego w Europie Wschodniej są:krótkookresowość (chęć maksymalizacji zysków w jak najkrótszym czasie);nieufność i skłonność do paniki.

Wielomilionowe bezrobocie o trwałym charakterze:

- mimo największych zasobów siły roboczej w wieku produkcyjnym w Europie;

- związane jest z upadkiem systemu planowej gospodarki socjalistycznej, opartej na zasadzie dominacji narodowej własności w produkcji i dążeniu do pełnego zatrudnienia;

- zwiększa deficyt budżetowy, ze względu na brak wpływu z podatków i konieczność jednostronnego transferu świadczeń socjalnych.

Niskie płace

Silne rozwarstwienie majątkowe i dochodowe społeczeństwa

Wysoki poziom korupcji (zwłaszcza na styku polityki i biznesu).

Owe podobieństwo cech skłania do rozważenia następujących kwestii:

Czy system gospodarczy budowany w Europie Wschodniej po 1990 roku to kapitalizm zależny w dużej mierze od zagranicznego kapitału?Czy dominacja zagranicznej własności w sektorze produkcji nie zdegradowała krajów wschodnioeuropejskich do roli wielkich montowni opartych o duże zasoby taniej siły roboczej?Czy państwo może podejmować samodzielne decyzje finansowe i polityczne będąc związane z zagranicznymi wierzycielami umowami o ściśle określonych warunkach oraz posiadając gospodarkę zdominowaną przez zagraniczny kapitał?


Silna zależność gospodarcza od zagranicy może okazać się kwestią o szczególnym znaczeniu w momencie światowego kryzysu finansowego. Po roku 1990, w wyniku wycofania się państw wschodnioeuropejskich z wzajemnej współpracy gospodarczej w ramach RWPG, ich głównym partnerem handlowym stały się kraje Unii Europejskiej (trafia tam 60-80% eksportu). Powstaje zatem problem, czy pierwsze symptomy protekcjonizmu, które zauważyć można dziś w krajach Europy Zachodniej nie odbiją się negatywnie na ekspansji eksportowej krajów Europy Środowo-Wschodniej, napędzającej dotąd ich wzrost gospodarczy?

Druga Argentyna?

Czy jest możliwe, że Europa Wschodnia może powtórzyć wariant kryzysu w wydaniu argentyńskim z 2001 roku? Argentyna stała się symbolem państwa, które wpadło w pułapkę zadłużenia i ogłosiło bankructwo. To także kraj, w którym po roku 1990 wytworzyła się struktura gospodarki kapitalizmu zależnego, o cechach wymienionych powyżej. Od roku 1990 wprowadzano w Argentynie intensywnie neoliberalizm: prywatyzowano państwowe zakłady, gospodarkę odsłonięto całkowicie na inwestycje zagraniczne i import kosztem własnej produkcji, ludzi zachęcano do konsumpcji, zakładania własnej działalności gospodarczej i budowania domów poprzez udzielanie niskooprocentowanych kredytów o długich terminach spłat. Wysoki kurs peso w stosunku do dolara był sztuczny i gdy inwestorzy zorientowali się, że ta wartość jest zawyżona, zaczęli się obawiać, że musi upaść. Zażądali podwyższenia stóp procentowych o 40%, także na kredytach prywatnych i rządowych. Spowodowało to wzrost odsetek od kredytu, co pociągnęło za sobą niewypłacalność kredytobiorców (obywateli i firm). Krach na giełdzie zaskutkował bankructwem wielu spółek, a co za tym idzie utratą płynności lub bankructwem prywatnych banków, w których te spółki miały zaciągnięte kredyty. Rozpoczęła się głęboka recesja. Bank centralny próbował ratować sytuację i dalej utrzymać wysoki kurs peso, więc przyznał prywatnym bankom kredyty, ale to jeszcze pogorszyło problem. Rząd zwrócił się wkrótce o pożyczkę do Międzynarodowego Funduszu Walutowego i otrzymał 40 mld USD pod warunkiem prowadzenia polityki schładzania gospodarki i utrzymania zerowego deficytu budżetowego. MFW zalecił także obniżenie podatków dla przedsiębiorców i dalszą prywatyzację majątku narodowego, a otrzymane z tego tytułu zyski kazał przeznaczyć na spłatę długu zagranicznego (140 mld USD).

Podczas recesji gospodarczej wykonanie tego planu okazało się niemożliwe. Nastąpiło bowiem wstrzymanie produkcji i gwałtownie wzrosło bezrobocie, przez co państwo nie mogło wygenerować wystarczającego dochodu na spłatę długu i popadło w spiralę kredytową. Wypełnienie zaleceń MFW dodatkowo oznaczało znaczne cięcia budżetowe, przede wszystkim w wydatkach socjalnych. Rząd zamroził wypłaty emerytur i płac w sferze budżetowej oraz zablokował konta bankowe ludności. Doprowadziło to do zamieszek ulicznych. W wyniku niestabilnej sytuacji gospodarczej z kraju wycofali się inwestorzy zagraniczni, którzy posiadali 80% własności w gospodarce. Zwykli ludzie z dnia na dzień stracili pracę i dom nad głową (mieszkania oddali pod zastaw kredytu), a nie mając dochodów rezygnowali z drożejącej konsumpcji (inflacja), co pociągnęło za sobą bankructwo producentów oraz brak dochodów dla państwa w postaci podatków. W obliczu bankructwa Argentyny, MFW odmówił jakiejkolwiek pomocy. Powyższa polityka schładzania gospodarki w odpowiedzi na kryzys okazała się błędna, gdyż doprowadziła do całkowitego jej upadku w 2001 roku. A dokonano tego w tak błyskawicznym tempie, jak nigdzie na świecie.

Argentyna tak wzorowo wdrażała wolnorynkowe reformy, że powszechnie stawiano ją za przykład do naśladowania wszystkim krajom przechodzącym transformację, zwłaszcza tym w Europie Wschodniej po roku 1990 (m.in. reforma emerytalna w Polsce i Estonii z roku 1999 była kalką argentyńskiej). Czy zatem w odniesieniu do państw wschodnioeuropejskich można mówić o możliwości wystąpienia scenariusza argentyńskiego? Z całym przekonaniem można powiedzieć, że scenariusz taki jest raczej mało realny do zaistnienia, gdyż z pewnością rządy krajowe oraz Unia Europejska dokonają wszelkich wysiłków, by skutecznie opanować kryzys. Jednak wcale nie oznacza to, że może się on nie zdarzyć. Dlatego stworzyłam symulację czarnego scenariusza, który zakłada brak pomocy ze strony Unii Europejskiej, na przykład w wyniku gospodarczego „zamknięcia się” starych krajów członkowskich na problemy finansowe nowych członków UE lub rozpadu struktur unijnych, kiedy to nowe kraje członkowskie pozostaną same ze swoimi problemami finansowymi. Symulacja mogłaby chronologicznie w następujący sposób:

Hipotetyczny przebieg czarnego scenariusza kryzysu:

2008/2009 – Stagflacja

Od końca 2008 roku może nastąpić zahamowanie inwestycji, które dotąd napędzały wzrost gospodarczy.

Może się zacząć wycofywanie inwestorów zagranicznych z rynków wschodnioeuropejskich (zamykanie zakładów pracy i fabryk) oraz mogą zaistnieć pierwsze bankructwa firm z krajowym kapitałem, również notowanych na giełdzie, spowodowane błędnymi decyzjami zainwestowania w finansowe instrumenty pochodne.

Przejęcia firm z krajowym kapitałem przez kapitał międzynarodowy oraz fuzje prowadzące do koncentracji własności i monopolu.

Mogą nastąpić ataki spekulacyjne na walutę.

I Aprecjacja – zakładałaby, że waluty wschodnioeuropejskie zostały sztucznie zawyżone do euro i dolara. Być może w momencie najniższej wartości euro i dolara inwestorzy inwestujący w Europie Wschodniej za pośrednictwem filii zagranicznych wymienią swe zyski uzyskane w walutach wschodnioeuropejskich na dolary i euro przewidując spadek wartości walut wschodnioeuropejskich. Prawdopodobnie dokonają również wywozu tych zysków za granicę, do central koncernów. Dla wschodnioeuropejskich firm eksportujących za granicę mocna waluta krajowa podrożyć może ich wyroby powodując spadek ich konkurencyjności za granicą. Wschodnioeuropejskim eksporterom zagrozi widmo bankructwa.I Deprecjacja – Jeśli nastąpiłby nagle gwałtowny spadek wschodnioeuropejskich walut, to może się on zbliżyć lub osiągnąć np. w Polsce pięć złotych za euro, cztery złote za dolara i cztery złote za franka. Rząd, by zapobiec dalszej deprecjacji waluty i w obawie przed ucieczką inwestorów zagranicznych, może sztucznie zawyżyć wartość złotego poprzez naruszenie rezerw walutowych czy zaciągnięcie kredytu z Banku Światowego lub Międzynarodowego Funduszu Walutowego w celu stabilizacji waluty. W sytuacji krytycznego spadku mógłby zostać ustalony stały, zawyżony kurs wymienialności waluty na euro.II Aprecjacja – w tym momencie może dojść do kolejnego transferu kapitału za granicę, poprzedzonego zamianą na euro i dolary. Następnie tzw. „rynek” może dojść do wniosku, że kurs wschodnioeuropejskich walut będzie zawyżony i nie będzie odpowiadał realnej sile gospodarki. Tzw. eksperci mogą doradzić wtedy wprowadzenie realnego kursu walut wschodnioeuropejskich do euro i dolara. Mogą też zalecić dalszą deprecjację waluty argumentując, by gospodarki Europy Wschodniej stały się „bardziej konkurencyjne”.Kolejna deprecjacja wschodnioeuropejskich walut może nastąpić przed terminem wprowadzenia euro – najważniejszym problemem będzie wtedy kwestia, na jakim poziomie zostanie ustalony kurs walut wschodnioeuropejskich do euro. Jeśli osiągnie on mało korzystny poziom (5 i więcej złotych za 1 euro), to przy wymianie obywatele mogą stracić 20-50% oszczędności. Natomiast spekulanci finansowi, którzy dokonywaliby transakcji zakładających spadek wartości polskiej waluty, zainkasowaliby wtedy miliardowe zyski.

2009/2010 – Deflacja

Jeśli rządy Europy Środkowo-Wschodniej zastosowałyby politykę deflacyjną (schładzanie gospodarki) to będzie ona polegać na:

dążeniu do równowagi budżetowej („polityka zerowego deficytu”);walce z inflacją;cięciu wydatków socjalnych;oszczędnościach w sferze administracji publicznej;prywatyzacji ostatnich publicznych sektorów gospodarki (w tym służby zdrowia, edukacji, górnictwa i energetyki).wzroście opodatkowania warstw średnich i najuboższych.

Skutkami takiej polityki deflacyjnej będą:Zahamowanie inwestycji i popytu krajowego;Wzrost bezrobocia i ubóstwa;Poziom PKB w okolicach zera.

Może okazać się, że do tej pory istniały nieścisłości w naliczaniu inflacji i liczby bezrobotnych zaniżające oba te wskaźniki. Jest prawdopodobne, że:rzeczywista inflacja będzie wynosić ok. 20-40%;rzeczywiste bezrobocie będzie wynosić ok. 20%;

2010/2011 – Recesja

Objawami recesji, jako następstwa deflacji, będą:Ujemny przyrost PKB;Zdławienie produkcji i konsumpcji krajowej;Bankructwa indywidualnych kredytobiorców;Gwałtowny spadek wartości waluty krajowej w stosunku do euro i dolara;Hiperinflacja (ponad 50%);Gwałtowny wzrost bezrobocia (nawet do 50%).


Kryzys nastąpi w branżach dynamicznie rozwijających się w ostatnich latach: bankowość i usługi finansowe, handel, informatyka, budownictwo, produkcja przemysłowa, motoryzacja, usługi pośrednictwa pracy (HR), reklama i public relations.

2011 - Bankructwo

Gdy w tym czasie międzynarodowe instytucje finansowe (Międzynarodowy Fundusz Walutowy) lub wierzycielskie państwa zachodnie zażądają natychmiastowej spłaty zaciągniętych u nich kredytów, to w ostateczności może nastąpić ogłoszenie niewypłacalności krajów wschodnioeuropejskich. Mogą wtedy zaistnieć następujące zjawska:

Zabraknie nabywców na kupno obligacji skarbu państwa, których emisja finansuje zadłużenie zagraniczne. Równocześnie może nastąpić masowe wycofanie się inwestorów zagranicznych, którzy opierali swe inwestycje głównie na grze na wysoko oprocentowanych obligacjach skarbu państwa.

Niewypłacalność gmin, które zaciągnęły pożyczki pod inwestycje.

Przejmowanie nieruchomości i majątku ruchomego (publicznego i indywidualnego) przez wierzycieli (głównie zagranicznych).

Bankructwa firm z wschodnioeuropejskim kapitałem.

Mogą zdarzyć się runy na banki, awarie bankomatów i bankowych kont internetowych.

Upadki rządów.

Jest prawdopodobne, że rządy będą upadać, gdy okaże się, że nie mogą sobie poradzić z kryzysem. W niektórych krajach może dojść do przewrotów wojskowych.

Ucieczka kapitału zagranicznego.

W wyniku niestabilności walutowej i politycznej, inwestorzy zagraniczni mogą zacząć się ostatecznie wycofywać z Europy Wschodniej szukając bardziej stabilnych rynków, bądź wracając do kraju pochodzenia. Będzie się to wiązało z transferem zysków za granicę lub wywożeniem całego wyposażenia fabryk.

Znaczny spadek produkcji (w okolicach 30-50%).

Masowy wzrost bezrobocia (nawet do 50%).

Wycofanie się inwestorów zagranicznych może spowodować falę zwolnień i podniesienie poziomu bezrobocia. Wschodnioeuropejskie bezrobocie wzmocnią emigranci wracający z krajów Europy Zachodniej, gdzie będzie prowadzona polityka wsparcia zatrudnienia własnych obywateli.

Spadek cen mieszkań o 40-80% oraz licytacje zadłużonych nieruchomości.

Chaos społeczny:

- Strajki, demonstracje, a nawet niszczenie supermarketów i banków.

- Jeśli rząd mógłby stracić kontrolę nad zdesperowanymi obywatelami, a siły policji będą niewystarczające, by utrzymać porządek – może dochodzić do gwałtownych starć z licznymi ofiarami.

- W krajach Europy mogą się szerzyć hasła skierowane przeciwko cudzoziemcom, Unii Europejskiej, USA i Izraelowi.

- Mogą następować aresztowania, rewizje i represje krytyków polityki rządowej.

Z pewnością tak czarny scenariusz jest mało możliwy do zrealizowania w Europie Środkowo-Wschodniej, gdyż rządy podejmą wszelkie środki, by ustabilizować sytuację społeczno-gospodarczą. Bez najmniejszych wątpliwości należy stwierdzić, powtarzając za prof. Grzegorzem Kołodko, że czas nieortodoksyjnego kryzysu wymaga nieortodoksyjnych środków. Warto zwłaszcza mieć świadomość, że antykryzysowa polityka gospodarcza w Europie Środkowo-Wschodniej koniecznie musi uwzględniać specyfikę gospodarek zdominowanych w większości przez kapitał zagraniczny. W gospodarkach zachodnich dominuje własność narodowa w przemyśle i bankowości, co powoduje iż keynesistowski interwencjonizm państwowy tam zastosowany może przynieść oczekiwane pozytywne skutki. Jednak na wschodzie Europy trudno będzie taki prowzrostowy keynesizm powtórzyć, gdyż będzie on wiązać się z ryzykiem, że każda interwencjonistyczna pomoc publiczna w ustroju kapitalizmu zależnego będzie wspierać w pierwszej kolejności własność zagraniczną, a nie krajową. W takim przypadku nieprawidłowo zastosowany państwowy interwencjonizm oparty na keynesizmie, może nie przynieść spodziewanych efektów, a wręcz pogorszyć sytuację. Argentyna wyszła z kryzysu prezentując alternatywny dla neoliberalizmu model gospodarki. Czy podobne zmiany mogą nastąpić także i w naszym regionie? Czas pokaże jak rozwinie się sytuacja.

Miejmy nadzieję, że świadomość zagrożenia możliwością zaistnienia czarnego scenariusza kryzysu, zmusi decydentów politycznych do refleksji nad stanem polskiej gospodarki i rewizji polityki, która niezwykle przypomina sytuację Polski tuż przed kryzysem lat 30. XX wieku. W celnych słowach zawarł to Stanisław Grabski w roku 1928:

Żyjemy w ustroju kapitalistycznym i mamy do wyboru jedno z dwojga tylko: albo być nadal krajem biernego kapitalizmu, krajem odbiorców obcych kapitalistycznych fabryk, dłużników obcych koncernów bankowych, robotników wytwarzających dywidendy dla obcych akcjonariuszy – albo stać się krajem czynnego kapitalizmu, zdobywając czynną dla naszego handlu i przemysłu pozycję na rynkach światowych”. Wybór należy do nas.


Bibliografia:

Chancellor E., 2001, Historia spekulacji finansowych, Warszawa: Muza.

Kabaj M., 2003, Stan i perspektywy zmian na krajowym i na regionalnych rynkach pracy,

Warszawa: Instytut Pracy i Spraw Socjalnych.

Kołodko G., 2008, Wędrujący świat, Warszawa: Prószyński i S-ka.

Krugman P., 2001, Wracają problemy kryzysu gospodarczego, Warszawa: PWN.

Oppermann Ch., 2002, Schwarzbuch Banken, Monachium: Hugendubel.

Poznański K.Z., 2000, Wielki przekręt. Klęska polskich reform, Lublin: Towarzystwo Wydawnicze

i Literackie.

Poznański K.Z., 2001, Obłęd reform. Wyprzedaż Polski, Warszawa: Ludowa Spółdzielnia

Wydawnicza.

Wapiński R., 1997, Historia polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, Gdańsk: Arche.

The Debt Cutter's Handbook, 2000, tłum. Katarzyna Rückemann,

http://sprawiedliwyhandel.pl/_dlugi/html/handbook.html (stan na 20.04.2009).



_____________________________________________________________________________

Świat osiadły

(publikacja w nr 1/2009 biuletynu Komitetu Prognoz "Polska 2000 Plus" przy Prezydium PAN)

Dorota Janiszewska

Zawarta w „Wędrującym świecie” teoria wyjaśniająca światowe przemiany społeczno-gospodarcze jest trafna i przenikliwa, acz niepełna. Można rzec metaforycznie, że podobnie jak tytuł na okładce – zawiera cień błędu. Dlatego niniejsza recenzja ma za cel poprzez konstruktywną krytykę uzupełnić tezy prof. Kołodko.

Jeśli pragmatyczna teoria koincydencji prof. Kołodki jest ideą jak najbardziej słuszną i stanowi podstawę programowej alternatywy dla obecnego modelu neoliberalnej globalizacji, to moje wątpliwości budzą niektóre, często ze sobą sprzeczne, tezy autora dotyczące interpretacji opisywanych w książce zjawisk społeczno-gospodarczych. 

Kobiecy pierwiastek

Stwierdzę metaforyczne, że źródło tychże nieścisłości może tkwić w fakcie, iż „Wędrujący świat” to perspektywa świata widzianego oczami mężczyzny, a jej przejawem jest nieustająca pochwała pojęć wzrostu gospodarczego, rozwoju, postępu naukowo-technicznego i wędrowania. Porównanie to przyszło mi do głowy w trakcie lektury dzieła i skojarzyło z typowymi cechami przypisywanymi mężczyznom: postawą aktywną i chęcią do podejmowania ryzyka, które sprawiają, że świetnie sprawdzają się oni jako przedsiębiorcy, podróżnicy i przywódcy.

Pojęcia wzrostu i rozwoju są w „Wędrującym świecie” powtarzane niczym mantra, a kwintesencją poglądów autora jest stwierdzenie, że wzrost gospodarczy stanowi zawsze podstawę rozwoju. W moim przekonaniu drugim niezbędnym i równoważnym warunkiem rozwoju jest sprawiedliwa dystrybucja dochodu narodowego. Brakuje mi więc w makroteorii Kołodki równoważącego „pierwiastka kobiecego”, którego symbolicznym wymiarem jest dla mnie naturalna dla ludzi potrzeba bezpieczeństwa oraz chęć osiedlania się i zakładania rodziny, czyli ogólnie pojęte dążenie do stabilizacji. Dlatego uważam, że uzupełnienie teorii „Wędrującego świata” o perspektywę „Świata osiadłego” umożliwi komplementarność dzieła prof. Kołodki.

Bowiem człowiek ze swej natury nie wędrował w zamierzchłej przeszłości w nieskończoność, ale po to, by osiedlić się w najbardziej sprzyjających dla siebie warunkach. Dzięki temu dążeniu do stabilizacji i chęci powiększania rodziny człowiek wiązał się z ziemią i tworzył coraz bardziej skomplikowane formy organizacji osiadłej wspólnoty, które ewoluowały do postaci współczesnych państw narodowych i zaawansowanych systemów społeczno-gospodarczych.

Dopiero od niedawna, wraz z rozwojem turystyki masowej, każdy, kto ma ochotę i pieniądze, może odwiedzić kraje i kultury w dowolnym miejscu na Ziemi. I mimo że wielu ludzi stać dziś na ten luksus, to dalej mamy do czynienia z wędrówkami „za chlebem”, czego najlepszym przykładem jest emigracja dwóch milionów Polaków (z czego połowa to kobiety) w ciągu czterech lat od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.

Prof. Kołodko staje na stanowisku, że pierwszym prawem człowieka jest prawo do wędrowania. Ja dodałabym, że na równi z prawem do osiedlania się. Nie każdy bowiem człowiek ma ochotę lub możliwość stać się kosmopolitycznym podróżnikiem, ale każdy chce posiadać dom rozumiany jako oaza odpoczynku, bezpieczeństwa i spokoju. Taką funkcję dla każdego obywatela powinien wypełniać kraj ojczysty.

Profesor zapytuje, co musi się stać, aby ludzie nie uciekali z ojczyzny? Odpowiedź jest nadzwyczaj prosta: wystarczy im zapewnić szansę na godną pracę i życie w kraju. Jednak realizacja tego na pozór prostego zadania jest wielkim wyzwaniem wymagającym mądrych i przewidujących krajowych kadr przywódczych i menedżerskich.

Wędrujące sprzeczności

Podczas lektury „Wędrującego świata” natrafiłam na sprzeczne ze sobą tezy i wnioski, które wskazują na pewną niekonsekwencję autora i sprawiają, że interpretacja niektórych zjawisk jest w niespójna.

W pierwszej kolejności zacznę od samego zjawiska globalizacji. Prof. Kołodko wskazuje, że współczesne uświatowienie gospodarek w duchu neokonserwatywnym jest ideologią zakorzenioną w anglosaskim kręgu kulturowym i dokonuje się dzięki masowej interwencji elit biznesowych i finansowych. Realizując doktrynerską apoteozę wolnego rynku i wrogości do instytucji państwa, grupy te sponsorują lojalne centra badawcze, sterują mediami oraz kształcą pokolenia technokratów – wszystko po to, by wtłoczyć w ludzkie umysły przeświadczenie, iż neoliberalizm to „historyczna konieczność” i jedyna słuszna droga rozwoju świata. Dalej autor mówi o grze o jutro, grze o przyszłe światy, czyli o nieustannych zabiegach o dominację określonych idei i interesów polityczno-gospodarczych. Jak więc te stwierdzenia pogodzić ze sprzecznym wnioskiem z rozdziału czwartego, że „ (…) w biegu globalizacji decydującą rolę odgrywały siły spontaniczne. Globalizacji nikt nie wymyślił i nikt nie zorganizował. Nikt nie napisał scenariusza tego widowiska”?

Jeśli definiujemy globalizację jako grę, w której są i wygrani, i przegrani – to żeby do tej gry przystąpić i mieć szansę jeśli nie na wygraną, to chociaż na równorzędną walkę – trzeba posiadać dobrze przygotowaną strategię i plan działania. W przeciwnym razie będziemy li tylko „pionkami”, skazanymi na przyjęcie reguł gry, które narzucą nam inni, a które dla nas mogą być niekorzystne. W ten sposób postrzegam proces globalizacji, przez pryzmat państw biedniejszych, takich jak Polska.

Wzrost międzynarodowej wymiany handlowej i kulturowej jest procesem nie do zatrzymania i bardzo dobrze, że tak się dzieje. Jednak globalizacja to nie fenomen, którego jesteśmy biernymi odbiorcami, lecz możemy i musimy go aktywnie kształtować i adaptować do naszych potrzeb, zachowując jednocześnie własną tożsamość i integralność. Ważne, by proces ten służył nie dominacji gospodarczej i finansowej państw najbogatszych, ale umożliwiał swobodny rozwój różnorodnych, regionalnych rozwiązań systemowych, zgodnie z zasadą, że istotą wolności jest możliwość wyboru. Wtedy okaże się, że znając reguły gry, możemy w ramach systemu wiele dla siebie wygrać.

Niech żyją różnice!

Nie zgodzę się z autorem „Wędrującego świata”, że państwom biednym potrzeba szybszego rozwoju. W innym miejscu sprzecznie twierdzi on, że można się rozwijać bez zdolności innowacyjnych oraz udowadnia, że w rozwoju ludzkości to stagnacja właśnie, a nie rozwój stanowiły normę.

Jak zobrazował to prof. Kołodko na wykładzie dla studentów MBA w listopadzie 2008, to okres stagnacji od początku naszej ery do XIX w. cechowało podobne tempo wzrostu gospodarczego wszystkich regionów świata (Afryka miała przez te stulecia wzrost większy niż Ameryka). Zgodnie z grafiką autorstwa profesora, dopiero od XIX-wiecznej ekspansji przemysłowego kapitalizmu dokonał się skok nierówności dochodowych między regionami. Stąd zapatrzenie we wzrost gospodarczy jako swoistą idee fixe budzi mój krytycyzm. Trzeba by w tym miejscu rozważyć, czy z punktu widzenia trwałości systemu społecznego korzystniejszy jest wzrost szybki, lecz szarpany i wstrząsany kryzysami czy wolniejszy i stabilniejszy rozwój ciągły i płynny?

Osobiście wolę, żeby państwa mniej rozwinięte znajdowały specyficzną dla siebie ścieżkę rozwoju społeczno-gospodarczego, która w żadnym wypadku nie powinna być kalką drogi, którą przeszły najbogatsze kraje kapitalistyczne. Nie powinny także ślepo wierzyć w postęp, gdyż dla wielu pierwotnych kultur wprowadzenie nowoczesnych rozwiązań naukowo-technicznych oznacza po prostu zagładę.

Na przykład w przypadku Czarnego Lądu, profesor upatruje źródeł regresu w tym, że „w ukropie ciężko się myśli” i twierdzi, że prawdopodobieństwo zdominowania świata przez Afrykę jest zerowe. A ja przekornie zapytam się: i co z tego? Bardzo dobrze, że Afrykańczycy działają wolniej nie dając wpędzić się w pogoń za tzw. postępem, w który wpadła cywilizacja euroatlantycka, szybciej może myśląca z powodu umiarkowanego klimatu. Pośpiech wcale nie jest niezbędnym warunkiem rozwoju. Nie chodzi też o to, by znowu kolejny region globu zdominował inne – myślę, że wszyscy mamy już dość świata opartego na hegemonii. Tym bardziej, że mówiąc o zacofaniu Afryki, pan profesor jakby nie dostrzegał, że to świat rozwinięty poprzez brzemię kolonializmu, narzucenie murzyńskim plemionom sztucznych granic oraz zawłaszczenie surowców przez zachodnie korporacje ponosi winę za większość współczesnych krwawych konfliktów, które nie pozwalają temu kontynentowi podnieść się z kolan.

Wierzę, że Afryka znajdzie własną drogę rozwoju społeczno-gospodarczego, a symptomy jej poszukiwania już dziś możemy obserwować w postaci np. współpracy ekonomicznej z Chinami. Dla mnie jako politologa ciekawą kwestią pozostaje, w jakim kierunku rozwinie się afrykański system polityczny niezwykle mocno osadzony na więziach plemiennych. Myślę, że wszystkie te procesy będziemy obserwować z zafascynowaniem, jeśli tylko mocarstwa zachodnie zarzucą swą nieefektywną „pomoc” dla Afryki i pozwolą jej na samodzielny rozwój.

W moim przekonaniu, lekiem na większość negatywnych zjawisk globalnych, takich jak ubóstwo, terroryzm, czy degradacja środowiska jest wzrost dobrobytu w krajach biedniejszych dokonywany za pomocą ich własnych środków i pomysłów na postęp, a nie przez importowanie „cudownych recept” z Zachodu. Niech kraje te na swój sposób podnoszą standardy życia u siebie, a nasze euroatlantyckie doświadczenia niechaj będą dla nich inspiracją. Dzięki temu na świecie będzie więcej różnorodności systemów społeczno-gospodarczych, co z pewnością wzbogaci dziedzictwo cywilizacyjne całej ludzkości, a zachodni naukowcy będą przynajmniej mieli co badać, a może nawet nauczą się czegoś pożytecznego od biedniejszej części świata.

Kreatywny ciemnogród

Nie podzielam poglądów prof. Kołodki na temat średniowiecznych „wieków ciemnych”, które to jakoby tłumiły zdolność do kreatywnego myślenia i działania poprzez głupotę przywódców i dogmatyzm religijny. Wprost przeciwnie, były to czasy twórczego myślenia, do którego bezwiednie nawiązują współcześni krytycy kapitalizmu spekulacyjnego.

To św. Tomasz z Akwinu wskrzesił Arystotelowską koncepcję sprawiedliwej ceny, piętnując sprzedawanie rzeczy drożej, bądź kupowanie taniej, niż są one warte, oraz potępiał dokonywanie transakcji finansowych, których celem jest wyłącznie profit, a nie zaspokojenie potrzeb życiowych. Święty Augustyn za grzech główny, obok lubieżności i pragnienia władzy, traktował niepohamowaną żądzę zysku. Szukając dziś alternatywy dla neoliberalizmu należy pamiętać, że to właśnie średniowieczne państwo kładło nacisk na zgodne życie wspólnoty, organizowało interwencyjne dostawy żywności w czasie głodu, a lichwę, spekulację i pogoń za zyskiem traktowało za czyny moralnie szkodliwe.

Odrzucam również tezę prof. Kołodki, zawartą w pochwale masowych wędrówek milionów biednych z Afryki i Ameryki Południowej, które to jakoby zwiększają podaż siły roboczej w USA czy Unii Europejskiej i przyczyniają się do spadku płac realnych w bogatszej części świata, wyrównując tym samym różnice w poziomie dochodów między regionami. Według mnie taki proces to równanie w dół i niesie on ze sobą głównie negatywne zjawiska:

- Obniżenie wysokich standardów pracy w krajach bogatych, o które w znoju europejski ruch robotniczy walczył przez stulecia (zachodni robotnicy nie zgadzają się pracować poniżej określonej, godnej dla nich stawki i uważam ich zachowanie za racjonalne, a sprzyjanie przez władze dumpingowi płac w postaci sprowadzania tańszych cudzoziemców za działanie wysoce nieetyczne);

- Wzrost bezrobocia i ubóstwa w krajach rozwiniętych, a co za tym idzie morderczej konkurencji między zdesperowanymi bezrobotnymi o każdy płatny ochłap;
- Rozsadzanie instytucji społeczno-gospodarczych, które świat rozwinięty wypracował w ciągu stuleci, a do których masy imigrantów nie są wystarczająco wyedukowane lub całkowicie instytucje te odrzucają;
- Wzrost, obserwowanych już dziś na przykładzie polskiej emigracji, takich negatywnych zjawisk społecznych jak rozpad małżeństw i rodzin z powodu długotrwałej rozłąki, czy problem eurosierot;
- Drenaż mózgów w krajach biednych (emigracja ludzi młodych, zdolnych i przedsiębiorczych, którzy mogliby stanowić potencjalną kadrę menedżerską w swoim kraju);
- Spadek płac w krajach bogatych następuje szybciej aniżeli ich wzrost, gdyż pracodawcom w kapitalizmie zdecydowanie łatwiej przeforsować każdą decyzję korzystną dla nich (powód do obcięcia pensji, nawet najbardziej błahy, zawsze się znajdzie), niż pracownikom walczyć o swoje prawa i przywileje. Oczekiwanie wzrostu płac w krajach biednych, który zrównałby standardy płacowe z krajami Zachodu uważam za iluzoryczne, jeśli nie naiwne. Istnieje tam cały system przyczyn (od ustroju po pozycję międzynarodową państwa), z powodu których płace są głodowe, a sama emigracja pracowników nie stanie się panaceum na palącą kwestię niegodnych wynagrodzeń.

            Podsumowując, jestem przeciwna masowym migracjom na wielką skalę, gdyż żaden organizm państwowy nie jest i nigdy nie będzie przystosowany do pełnego wchłonięcia i zasymilowania milionowych rzesz imigrantów, którzy ukształtowani są przez inny krąg kulturowy czy cywilizacyjny. Natomiast jak najbardziej popieram migracje w mniejszej skali, w ramach współpracy naukowej, kulturalnej czy ograniczonej imigracji pracowniczej, gdyż lepiej służą one indywidualnemu i jakościowemu podejściu do goszczącego u nas cudzoziemca, a ich pozytywne skutki w postaci międzykulturowej wymiany doświadczeń i innowacji potęgują się.

Jak trwoga to do państwa

Mimo jeszcze kilku kwestii spornych, poprzestanę w tym miejscu na krytyce „Wędrującego świata”, gdyż w większości podzielam spojrzenie autora na współczesne przemiany społeczo-gospodarcze. Świetnie demaskuje on mechanizmy rządzące neoliberalnym ustrojem i jego kapłanami w postaci dobrze opłacanych pseudoekspertów i tzw. analityków, dla których państwo jest wrogiem numer jeden. Mimo codziennego karmienia nas przez media specyficznym neoliberalnym słowotokiem, nie podzielam opinii profesora, że powinno się go wyłączać. Media należy śledzić na bieżąco, chociażby po to, by zaznajomić się z argumentami strony przeciwnej i przygotować się do obrony własnych poglądów. Natomiast krytyczne nastawienie do medialnej papki, trzeba uzupełniać o literaturę oraz osobiste doświadczenia, wrażenia z podróży i spotkań z ludźmi.

Współczesny kryzys finansowy jaskrawo ukazał, że społeczeństwo nie może prawidłowo funkcjonować bez drugiego, obok rynku, superregulatora – a więc państwa. Żartobliwie można by rzec, że po raz kolejny obnażyła się stara prawda – „jak trwoga to do państwa”. Dlatego dzisiaj szczególnie, ogólnospołeczna debata powinna dotyczyć nie tylko kryzysu, ale przede wszystkim roli państwa w Nowym Ładzie, który wyłoni się po kryzysie. Koncepcję zmiany systemu rządzenia nakreśla Kołodko w swej teorii koincydencji oraz idei Nowego Pragmatyzmu i ten kierunek przemian uważam za jak najbardziej słuszny i właściwy.

W moim przekonaniu powinno być to państwo nowoczesne, silne i zorientowane na potrzeby obywateli. Dzisiaj większość społeczeństwa nie wykazuje chęci i nie ma wystarczających kompetencji, by uczestniczyć w rządzeniu w wymiarze władzy centralnej i woli raczej na codzień ponarzekać przed telewizorem na polityków, niż podjąć konkretne działania, bo wie, że niewiele może zmienić. Jednak ludzie ci są żywo zainteresowani tym, co dzieje się na ich własnym „podwórku” i można ich zaktywizować do efektywnej działalności obywatelskiej na szczeblu osiedla, dzielnicy czy samorządu wiejskiego i miejskiego.

Trzeba tylko stworzyć rozwiązania instytucjonalne, by masy do tej aktywnej pracy zachęcić, a co znajduje się już w gestii elit, które dysponują koniecznymi do tego celu środkami finansowymi. Zwykłych ludzi nie trzeba specjalnie namawiać, gdyż dysponują oni świetnymi pomysłami racjonalizatorskimi i gotowością do współpracy. Potrzeba tylko zachęty do działania i pieniędzy, by tą twórczą moc wyzwolić. Do tego konieczna jest jednak zmiana systemu rządzenia oraz mentalności społeczeństwa i elit, co wydaje się iście rewolucyjną koncepcją.

Polska wspólnym domem

Pokuszę się w tym miejscu o uzupełnienie teorii koincydencji prof. Kołodki o elementy mojej autorskiej koncepcji docelowego, alternatywnego systemu politycznego i cech siły politycznej, która miałby ten nowe rozwiązania wprowadzać. Moją koncepcję przygotowałam i przedyskutowałam z członkiniami władz Partii Kobiet w lutym 2008 roku. Odwołuje się ona do prostych pojęć i skojarzeń w myśl zasady, której hołduje prof. Kołodko, iż „myśleć trzeba w sposób skomplikowany, ale mówić i pisać prosto”.

Jestem zdania, że poszukiwanie programowej alternatywy należy rozpocząć od zdefiniowania cech obecnego systemu społeczno-gospodarczego, który wytworzył neoliberalizm. Dokonałam tego w poniższej tabelce zestawiając również, na zasadzie przeciwieństw, cechy systemu docelowego. 

Cechy systemowe neoliberalnego Nie-Ładu społeczno-gospodarczego i Nowego Ładu.

 
Obecny System Nie-Ładu:

- Wszechwładza wolnego rynku i słabe państwo
- Dominacja własności zagranicznej w gospodarce i brak wsparcia dla krajowej wytwórczości
- 2 sektory własności w gospodarce:
1) państwowy i komunalny
2) prywatny
- Zimny racjonalizm i negatywne emocje
- Zatomizowane jednostki
- Hierarchia
- Centralizm
- Niesprawiedliwość (uprzywilejowanie dla nielicznych)
- Celem działania maksymalny zysk (kosztem innych)
- Konflikt międzypokoleniowy (młodzi kontra starzy)
- Nadmierny konserwatyzm jako niechęć do zmian lub nadmierny postęp jako zbyt częste zmiany
- Pogoń za postępem naukowo-technicznym kosztem środowiska naturalnego
- Ujednolicenie
- Kłótnie
- Konflikt
- Konkurencja
- Egoizm
- Podporządkowanie
- Pogarda
- Podejrzliwość
- Strach
- Chaos
- Wojna
- Nierównowaga

Nowy Ład: 

- Harmonia - Pokój
- Stabilizacja
- Odwaga
- Zaufanie
- Szacunek
- Partnerstwo
- Wzajemna pomoc
- Współpraca
- Porozumienie
- Dialog
- Różnorodność
- Postęp połączony z ochroną środowiska
- Postęp z szacunkiem dla historii i tradycji
- Umowa między generacjami
- Celem rządzenia dobrobyt całego społeczeństwa
(poszanowanie prawa i sprawiedliwy podział dochodu narodowego)
- Sprawiedliwość
- Silna i stabilna władza centralna oraz samorządy aktywizujące obywateli
- Struktura sieci i Demokracja poprzez wspólne wypracowywanie konsensusu, a nie poprzez proste głosowanie większości.
- Wspólnota kooperujących jednostek
- Racjonalizm oparty o pozytywne emocje (empatia, opanowanie)
- 3 sektory własności w gospodarce: 3) prywatny
2) spółdzielczy (dynamiczny rozwój)
1) państwowy i komunalny

Dominacja własności krajowej z mniejszościowym (max. do 49%) udziałem własności zagranicznej jako niezbędnego czynnika innowacji

Zasada: „Nie ma państwa bez rynku, nie ma rynku bez państwa”

Cechy siły politycznej Nowego Ładu:

1) Partia zdrowego rozsądku i partia celu
(celem nadrzędnym: rozwój i wzrost dobrobytu w kraju oraz współpraca międzynardodowa);

2) Ustrój docelowy: polska odmiana społecznej gospodarki rynkowej

3) Szeroki konsensus polityczny
Silne trzy stronnictwa narodowe (lewicowe, prawicowe i ludowe) - które łączy konsensus w sferze gospodarczej, różnią się natomiast w kwestiach społecznych – oraz pozostałe ugrupowania (w tym kosmopolityczne) o mniejszej sile oddziaływania.

4) Pragmatyzm;

5) Realizm
(nastawienie na realizację polskiego interesu i polskiej racji stanu z poszanowaniem partnerów zagranicznych, odrzucenie retoryki konfliktu w stosunkach międzypaństwowych);

6) Racjonalizm oparty o pozytywne emocje;

7) Merytoryczny krytycyzm;

8) Bez ideologii, ale ideowość;

9) Rzetelność i wiarygodność
(złożona z ekspertów mających kompetencje do rządzenia krajem);

10)  Dbanie o różnorodność poglądów
(sprzyja to podejmowaniu lepszych decyzji i skutecznemu dopasowaniu działań do realnych potrzeb).


Nowa perspektywa postrzegania państwa:


POLSKA jako NASZ WSPÓLNY DOM,
który potrzebuje
mądrych i odpowiedzialnych
GOSPODARZY.

Zdrowe fundamenty:


Zdrowe Państwo
Harmonia: władza + obywatele
- przejrzyste finanse i zarządzanie
- stabilność systemu
- pełna informacja dla obywateli

Zdrowe środowisko naturalne
Harmonia człowieka z przyrodą
- ochrona środowiska
- technologie odnawialne
- ekologiczna żywność

Zdrowa gospodarka
Harmonia = pracownicy + pracodawcy
- przedsiębiorczość prywatna + inwestycje publiczne + spółdzielczość
- sprawiedliwe podatki i podział  PKB
- silna klasa średnia
- dążenie do pełnego wykorzystania krajowych zasobów pracy

Zdrowe społeczeństwo
Harmonia = równouprawnienie obywateli
- edukacja i ochrona zdrowia jako podstawy rozwoju społecznego 
 

Będąc bogatsi w doświadczenia przeszłości, zarówno pozytywne, jak i negatywne, powinniśmy tworzyć rozwiązania najlepiej dostosowane do rzeczywistości, bo w XXI wieku mamy na to taką szansę i środki, jakie nie były dostępne nigdy dotąd. Jedynym brakującym elementem jest polityczna wola do przeprowadzenia zmian.

Dlatego podobnie jak prof. Kołodko z optymizmem patrzę na światowy krach finansowy rozgrywający się na naszych oczach. Upatruję w nim szansę, która wyzwoli pozytywną energię społeczną i siły polityczne niezbędne do zmiany systemu neoliberalnego i umożliwi realizację koncepcji „globalizacji z ludzką twarzą”, która będzie budować międzynarodową współpracę respektując różnice kulturowe i cywilizacyjne. Dlatego nie należy się bać kryzysu – jest on nieuniknioną koniecznością na drodze do budowania lepszego świata. Końca historii nigdy nie było. Nasza historia dopiero się rozpoczyna.

______________________________________________________________________________

Iluzja American Dream

czyli o wyższości państwa socjalnego nad wolnorynkowym w kontekście konfliktu rynku i rodziny

Dorota Janiszewska

(publikacja w tygodniku "Przegląd" nr 10 z 15 marca 2009)

Druga Wielka Depresja

Rozgrywający się na naszych oczach światowy kryzys gospodarczy, rozpoczęty w Stanach Zjednoczonych, obnaża słabości amerykańskiej gospodarki wolnorynkowej, powszechnie dotąd uznawanej za niedościgniony wzór dla innych państw. W rzeczywistości jej wyniki ekonomiczne nie są wcale tak imponujące, jak nam się wydaje. Stawiam hipotezę, że główną przyczyną klęski modelu „made in USA” będzie jego negatywne oddziaływanie na społeczeństwo, a szczególnie rodzinę.

Mówiąc o upadku American Dream, mam na myśli nie upadek państwa północnoamerykańskiego jako takiego, ale klęskę amerykańskiego wolnorynkowego modelu polityki społeczno-gospodarczej. Obecny światowy kryzys gospodarczy, który media prawdopodobnie ochrzczą II Wielką Depresją, gdyż w przebiegu będzie podobny do Wielkiej Depresji lat 1929-1932, w moim przekonaniu zakończy się bankructwem ideologii wolnego rynku i powstaniem nowego światowego ładu ekonomicznego opartego o interwencjonizm państwowy. Kształtując nowy porządek i myśląc o polskiej drodze do dobrobytu powinniśmy szukać inspiracji w idei społecznej gospodarki rynkowej, która w praktyce została zrealizowana w Niemczech, a którą to ideę wpisano do polskiej konstytucji z roku 1997.

Wolnorynkowy zwrot

W roku 1944 mocarstwa światowe ustaliły na konferencji w Bretton Woods, na jakich zasadach będzie funkcjonował przyszły międzynarodowy system gospodarczy. Powojenny porządek oparty został na interwencjonizmie państwowym inspirowanym ideami ekonomicznymi Keynesa z lat 30. XX w. Oparty na parytecie złota i stałych kursach walut tzw. system z Bretton Woods tworzył stabilne podstawy światowej gospodarki aż do roku 1973. Wtedy uderzył pierwszy kryzys naftowy i rządy państw zachodnich zaczęły odchodzić od systemu keynesowskiego na rzecz ideologii wolnego rynku. Zwycięski pochód free market economy, realizowany w praktyce przez Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii czy Ronalda Reagana w USA, osiągnął swe apogeum w latach 1989-1991, kiedy to upadek ZSRR i jego satelitów zaświadczył o wyższości idei wolnorynkowych.

Praktyka socjalistycznego państwa opiekuńczego przegrała gospodarczy wyścig z wolnorynkowymi gospodarkami kapitalistycznymi. Czy oznacza to, że sama idea państwa opiekuńczego również przegrała? W żadnym wypadku. Wbrew pozorom jest ona w bloku kapitalistycznym bardzo silna. W Europie kontynentalnej reprezentują ją Niemcy i ich koncepcja społecznej gospodarki rynkowej, którą w praktyce wdrażał Ludwig Erhard po 1948 roku. 

Interesującą kwestią jest porównanie wyników niemieckiej Soziale Marktwirtschaft z modelem wolnorynkowym reprezentowanym przez Stany Zjednoczone – najpotężniejsze mocarstwo światowe. Wnioski okazują się bardzo zaskakujące, zarówno na płaszczyźnie gospodarczej, jak i społecznej. 

Gdy zestawimy długookresowe dane ekonomiczne tych dwóch krajów kapitalistycznych, to okaże się, że socjalny system niemiecki w ostatecznym rozrachunku okazuje się zdecydowanie wydajniejszy. Nie tylko nie ustępuje wolnorynkowemu modelowi amerykańskiemu pod względem wyników gospodarczych, a w niektórych dziedzinach nawet go przegania, ale ponadto okazuje się lepiej dostosowany do potrzeb społecznych, przynosząc większe korzyści pracownikom i rodzinom. 

Bezcelowy wyścig

Dla celów niniejszej analizy zestawiam dane porównawcze dla obu gospodarek ograniczone okresem od lat 50. do końca lat 90. XX wieku., kiedy niemieckie państwo socjalne było jeszcze silne. Od czasu zjednoczenia Niemiec następuje proces demontażu państwa socjalnego przez wolnorynkowych ekonomistów i polityków, którzy usilnie próbują wzorować się na ponoć bardziej konkurencyjnym modelu amerykańskim. Zabiegi te zgodne są z unijną Strategią Lizbońską z roku 2000, dzięki której Unia Europejska miała stać się do roku 2010 bardziej konkurencyjna gospodarczo od USA. 

Fiasko Strategii Lizbońskiej w roku 2006 nie zahamowało wysiłków dalszej walki UE o wyższą konkurencyjność gospodarczą od USA. Stawiam hipotezę, iż droga unijnej pogoni za amerykańskim wzorcem to droga chybiona. Fakty udowadniają, że wystarczy jeden kraj w Europie – Niemcy – by bez problemu uzyskiwać wyniki gospodarcze równe lub przewyższające te w USA. Tak więc warunek konkurencyjności zostaje tu całkowicie wypełniony, dla jednego kraju i bez Strategii Lizbońskiej. Natomiast demontowanie państwa socjalnego, co według zwolenników wolnorynkowej Strategii Lizbońskiej jest niezbędnym warunkiem zwiększenia konkurencyjności, to źródło problemów, które przeżywa gospodarka Niemiec na początku XXI wieku.

Państwo socjalne jest efektywne…

W latach 1950-1971, a więc w dobie panowania keynesizmu, zachodnia Europa (tj. Wielka Brytania, Francja, RFN i Włochy) nie znała faz recesji, a gospodarki tychże krajów cechowało prawie zerowe bezrobocie (w Niemczech w l.60 XX w. wyniosło ono 0,5%, a w roku 1973 – 0,9%). Pierwsza powojenna recesja związana z kryzysem naftowym (w roku 1973 ceny ropy wzrosły trzykrotnie) i odejście od keynesizmu zapoczątkowały w zachodnim kapitalizmie erę cyklicznych kryzysów i masowego, trwałego bezrobocia.

Zwrot w stronę ideologii wolnego rynku po 1973 roku spowodował trwające do dziś pogrążenie się zachodnich gospodarek w stagflacji, czyli połączeniu stagnacji gospodarczej i rosnącej inflacji przy wysokim bezrobociu. Wolnorynkowcy swą politykę gospodarczą opierają walce z inflacją i priorytecie równoważenia budżetu, nawet za cenę wysokiego, kilkumilionowego bezrobocia, nieznanego na Zachodzie w dobie keynesizmu. 

W latach 1950-1987 Niemcy przegoniły USA w takich wskaźnikach, jak wzrost płac realnych na stanowiskach niekierowniczych oraz wzrost kapitału produkcyjnego w przeliczeniu na jednego zatrudnionego (w Niemczech 5,5-krotny, w USA tylko 1,8-krotny). W latach 1950-1990 Niemcy zanotowały także wyższy przyrost zasobów kapitału w przyroście PKB (1,22 razy większy niż w USA) oraz przyrost postępu technicznego (2,75 razy większy niż w USA).

Także długookresowe roczne średnie tempo wzrostu gospodarczego w przeliczeniu na jednego mieszkańca było w Niemczech w latach 1950-1989 wyższe niż w USA w tym samym okresie. W podokresie 1950-1973 wyniosło dla USA 2,2%, a dla Niemiec 4,9% rocznie, natomiast w podokresie 1973-1989 odpowiednio 1,6% i 2,1%. 

Gospodarka Niemiec, mimo spowolnienia od lat 90. XX w, utrzymała taki wzrost, który plasował ją w światowym rankingu tuż za Stanami Zjednoczonymi. Jeśli przyjmiemy za 100% wartość realnego PKB per capita dla USA w roku 1989 i 1996, to dla Niemiec wyniósł on odpowiednio 78% i 80,2%. Mimo że  w roku 1995 produkt krajowy brutto liczony według parytetu siły nabywczej na jednego mieszkańca był wyższy w USA (26,7 tys. USD dla USA i 20,8 tys. USD dla Niemiec), to w przeliczeniu na jedną roboczogodzinę otrzymujemy już wynik prawie równorzędny (27,5 USD dla USA i 28,3 USD dla Niemiec). 

…i efektywniejsze

Niemcy wcale nie ustępują Ameryce również w kwestii produktywności. Przyjmując za 100% wartość PKB na jednego zatrudnionego dla USA w roku 1989 i 1996, dla Niemiec wzrósł on adekwatnie z 85% do 91,4%. Gdy jednak weźmiemy PKB przypadający na jedną roboczogodzinę, to w roku 1996 w Niemczech osiągnął on 106,8% tego, co w USA! 

Trzeba w tym miejscu uwzględnić fakt, iż pracownik amerykański w roku 1995 przepracował 1950 godzin w skali roku, a niemiecki aż o 350 godzin mniej. Jest to dowód potwierdzający wyższą wydajność pracowników niemieckich. Gdyby bowiem statystyczny Niemiec pracował tyle samo godzin w roku co Amerykanin, to poziom PKB na jednego zatrudnionego byłby wyższy dla Niemiec. 

Zatem różnica w poziomie produktywności między wolnorynkowymi USA, a socjalnymi Niemcami zmalała tak wielce, że jak to przyznaje Paul Krugman, mieści się w granicach błędu statystycznego. Przy porównywalnych wpływach podatkowych w obu krajach w połowie lat 90. XX w. (w Niemczech – 23% PKB, w USA – 22% PKB), Niemcy cechuje wyższa niż w USA stopa inwestycji brutto oraz większe wydatki na cele publiczne (w Niemczech – 49% PKB, w USA – 33% PKB). 

Ponadto Republika Federalna Niemiec od lat zajmuje pierwsze miejsce wśród światowych eksporterów, już od roku 1994 wyprzedzając w tej dziedzinie USA. Dodatnia nadwyżka handlowa uzyskiwana z ekspansji eksportu pozwalała Niemcom na utrzymywanie znacznie mniejszego od USA ujemnego salda na rachunku obrotów bieżących, które w roku 1999 dla RFN wyniosło -3,4 miliarda USD, a dla Stanów aż -338,9 miliarda USD.

I wynik ten osiągnięto, mimo że Niemcy w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych nie posiadają ogromnych zasobów surowców naturalnych, doświadczyły zniszczeń dwóch wojen światowych, przeprowadziły proces zjednoczenia z Niemcami Wschodnimi, a gospodarka niemiecka obciążona jest wyższą średnią płacą, krótszym tygodniem pracy, dłuższymi urlopami i wyższymi świadczeniami socjalnymi (pięciokrotnie wyższymi w roku 1950 i dwukrotnie wyższymi w roku 1980 niż w USA). Nieprawdziwe jest więc twierdzenie wolnorynkowców, że państwo socjalne nie może prowadzić efektywnej gospodarki. 

Cywilizacja nierówności

Realia pracy w Stanach Zjednoczonych i Republice Federalnej Niemiec są diametralnie różne. Podczas gdy w Niemczech poziom średniej płacy realnej od roku 1949 do 2002 stale rósł, w USA w latach 1973-1994 mieliśmy do czynienia z ciągłym spadkiem realnych płac tygodniowych. Regres amerykańskich dochodów obrazuje fakt, iż w roku 1994 średnia płaca realna w USA osiągnęła poziom z końca lat 50.XX wieku! Nawet po uwzględnieniu minimalnego wzrostu średniej płacy w kolejnych latach do roku 2000, jej poziom nigdy nie przekroczył poziomu z 1973 roku. 

Według Economic Policy Institute regres płac w USA najbardziej dotyka osoby najmniej zarabiające. Godzinowe zarobki 10% najuboższych pracowników wzrosły w latach 1996-1999 tylko o 56 centów (z 5,49 do 6,05 USD), co spowodowało, że w roku 2000 zarabiali oni tylko 91% tego, co w roku 1973. Dla porównania, podczas gdy w okresie 1970-1999 średnia roczna płaca w USA wzrosła tylko o 10% (z 32,5 tys. do 35,9 tys. USD), to w tym samym czasie roczne wynagrodzenia prezesów stu czołowych korporacji wzrosły prawie 30 razy (z 1,3 mln do 37,5 mln USD)! 

Rosnące nierówności dochodowe przyspieszają także tempo narastania nierówności bogactwa. Tylko w przeciągu lat 1983-1989 majątek jednego procenta najbogatszych Amerykanów wzrósł z 31 do 37%, a górne 10% najmajętniejszych dzierży w swym ręku 80% nieruchomości niemieszkalnych, 90% majątku przedsiębiorstw, 85% akcji i 94% obligacji. Koncentracja kapitału zaświadcza o realnie istniejącej redystrybucji dochodu narodowego na rzecz najbogatszych. Pokazuje to bez żadnych wątpliwości, z jak gigantycznym i ciągle postępującym rozwarstwieniem społeczeństwa mamy do czynienia w Ameryce i potwierdza słuszność twierdzenia Schumpetera o powrocie do „cywilizacji nierówności”.

Pracujący ubodzy

Średnia godzinowa stawka płac w Niemczech w roku 1997 wyniosła 31,78 USD, a w USA była aż 1,8 razy mniejsza i wyniosła tylko 17,74 USD. Wedle rachunków Economic Policy Institute z roku 1998 średnia godzinowa płaca wystarczająca do przeżycia dla rodziny z samotnym rodzicem i dwójką dzieci to 14 USD (czyli 30 tys. USD rocznie). 

Jednak w USA aż 60% robotników zarabiało wtedy poniżej 14 dolarów na godzinę, a aż 30% pracowników dostawało osiem i mniej dolarów na godzinę (szczególnie w sektorze usług). Ponadto aż 20% ogółu zatrudnionych w USA pracuje za płace poniżej oficjalnej granicy ubóstwa. W roku 1997 aż jedną piątą ludzi bezdomnych stanowili pracownicy pracujący w pełnym i niepełnym wymiarze godzin! Dowodzi to, iż na rynku pracy panuje kultura niskich płac, a znaczną ilość zatrudnionych w Stanach Zjednoczonych możemy określić kategorią „working poor” – pracujący ubodzy.

 Niskim płacom w Ameryce sprzyja bezrobocie, które jak utrzymuje amerykański ekonomista Lester Thurow jest co najmniej pięć razy wyższe niż oficjalne urzędowe statystyki, mówiące o 5%. Według niego, w roku 1995 do 7 milionów osób oficjalnie zarejestrowanych (na bazie ankiet) w Ministerstwie Pracy jako poszukujące pracy należy doliczyć kolejne 6 milionów, które potrzebowały zatrudnienia, ale zaprzestały jego poszukiwania. Do tego dodaje on jeszcze prawie 5 milionów osób, które z konieczności pracowały w niepełnym wymiarze godzin oraz te, które pracę miały tylko okresowo: 10 milionów zatrudnionych na czas określony i 8 milionów tzw. „wolnych strzelców” (tj. osób z wykształceniem akademickim, które rzadko otrzymywały liczbę zleceń wystarczających do utrzymania się). W sumie dało to realną stopę bezrobocia na poziomie 28% i liczbę około 35 milionów bezrobotnych.

Strajkowy paraliż

Do tychże wskaźników określających realia życia pracowników dodać trzeba kolejne dwa – średni tygodniowy czas pracy oraz wymiar urlopów. W roku 1997 wyniosły one dla Niemiec 29 godzin pracy w tygodniu i 42 dni płatnego urlopu w roku, a dla USA odpowiednio aż 37,9 godzin i tylko 23 dni. Ważną kwestią jest także skonfrontowanie faktu, że w Niemczech 90% obywateli posiada ubezpieczenie zdrowotne w ramach państwowego systemu ubezpieczeń (pozostałe 10% ubezpiecza się prywatnie), natomiast USA nie posiadają powszechnego, państwowego systemu ubezpieczeń społecznych. Ponieważ wielu Amerykanów nie stać na wykupienie prywatnych polis ubezpieczeniowych, aż 50 milionów obywateli nie posiada żadnego ubezpieczenia zdrowotnego! Ocenia się, że brak ubezpieczenia zajmuje siódme miejsce wśród przyczyn zgonów w Stanach Zjednoczonych.

Przejawem poziomu akceptacji ustroju gospodarczego przez pracowników jest liczba dni pracy straconych w wyniku strajków pracowniczych w przeliczeniu na tysiąc zatrudnionych. W latach 1950-1969 liczba dni strajkowych w RFN wyniosła 31, a w USA 505 (dla porównania – we Włoszech 712, we Francji 243, w Wielkiej Brytanii 147). W roku 1988 wskaźnik ten wyniósł dla RFN 28 dni, a dla USA aż 12 215 dni (we Francji wzrósł do 568 dni, a w Wielkiej Brytanii do 1 920 dni). Ukazuje to skalę niskiej akceptacji pracowników amerykańskich dla wolnorynkowej gospodarki i wysokiej akceptacji pracowników niemieckich dla systemu społecznej gospodarki rynkowej.

Rynek kontra rodzina

W badaniu efektywności systemów gospodarczych nie można zawężać się tylko do oceny wskaźników ekonomicznych. Ekonomia i polityka gospodarcza bardzo silnie oddziaływają na społeczeństwo, a szczególnie podstawową jego komórkę – rodzinę. Ważne jest więc, byśmy prześledzili to oddziaływanie w przypadku gospodarek USA i Niemiec.

Stany Zjednoczone to kraj kultury konsumpcyjnej i związanego z nią obyczajowego liberalizmu, których wzorce eksportowane są do innych części świata wraz z ekspansją gospodarczą (proces zwany amerykanizacją lub macdonaldyzacją świata). Według Thurowa, który przytacza wyniki sondaży, normą obyczajową w USA stało się stawianie samorealizacji jednostki i jej konsumpcyjnych potrzeb spod znaku „ja” ponad dobro rodziny i jej inwestycyjnych potrzeb spod znaku „my”. W Niemczech natomiast jest nadal bardzo silny tradycyjny, konserwatywny model rodziny z zarabiającym mężczyzną i wychowującą dzieci Hausfrau (realizowany w połowie niemieckich rodzin).

Thurow wskazuje, że liberalizacja obyczajowa szkodzi przede wszystkim rodzinom, gdyż bodźce ekonomiczne skłaniają mężczyzn do zrywania rodzinnych więzów i ucieczki od odpowiedzialności za dobro rodziny. W Niemczech pod koniec lat 90. XX w. wskaźnik rozwodów wyniósł 1,9%, a w Ameryce 4,6% (osiągając poziom Rosji). Wedle badań D. Popenoe z roku 1994, po opuszczeniu rodziny przez mężczyznę poziom życia mężczyzny wzrasta o 73%, a poziom życia porzuconej rodziny spada o 42%. O tym, jak powszechne jest zjawisko ucieczki mężczyzn świadczy fakt, że w USA aż 25% rodzin z dziećmi funkcjonuje bez mężczyzny. 

W Ameryce mamy do czynienia ze zjawiskiem, które można określić maskulinizacją biedy. W roku 1994 prawie sześć milionów mężczyzn w wieku produkcyjnym przebywało na bezrobociu i ani nie uczęszczali do szkół, ani nie dysponowali środkami samodzielnego utrzymania. W tym czasie aż jedna trzecia mężczyzn w wieku, w którym mogliby założyć rodzinę (25-34 rok życia), zarabiało mniej niż kwota, która jest potrzebna do utrzymania czteroosobowej rodziny powyżej progu ubóstwa. Zatem niskie dochody mężczyzn, lub ich brak, stały się bodźcem do podjęcia zatrudnienia przez kobiety, co Thurow nazywa „ekonomicznym przymusem pracy żon”. Zjawiska te powodują, iż ogromna grupa mężczyzn wyrzucona została poza nawias społeczeństwa, gdyż czynniki ekonomiczne pozbawiły ich tradycyjnej roli żywiciela rodziny, degradując tym samym ich pozycję społeczną.

Thurow trafnie podsumowuje, że powyższe zmiany zachodzące w amerykańskim kapitalizmie sprawiają, że „rodzina i rynek stają się coraz mniej możliwe do pogodzenia”. Jednak twierdzi on dalej, że „rozwiązania społeczne nie są zdeterminowane przez ekonomię (…), muszą być zgodne z realiami ekonomicznymi, a tradycyjne rozwiązania rodzinne takie nie są”. Przedstawione w tym opracowaniu fakty potwierdzają coś przeciwnego i skłaniają mnie do postawienia hipotezy, że ekonomia silnie wpływa na procesy zachodzące w społeczeństwie i dlatego powinna respektować tradycyjne rozwiązania społeczne, zwłaszcza w obszarze rodziny. Jeśli nie zachodzi proces zgodności między polityką gospodarczą a tradycją społeczną, to mamy do czynienia z konfliktem rynku i rodziny, ze wszystkimi tego negatywnymi skutkami. Gdy sytuacja na rynku pracy nie sprzyja założeniu rodziny oraz pogodzeniu obowiązków zawodowych z rodzinnymi, to ludzie albo wybierają bezdzietność, albo decydują się na potomstwo mimo niedostatecznej ilości wolnego czasu i dochodów potrzebnych do jego prawidłowego wychowania, co rodzić może liczne patologie rodziny.

Prorodzinny rynek

Do ciekawych wniosków można dojść, gdy zgodnie z badaniami K.E. Case porównamy dla obu krajów ustandaryzowaną rodzinę (składającą się z dwójki dorosłych i dwójki dzieci). Mimo że w USA przypada na nią większy roczny dochód, to jednak zostaje on wypracowany przez dwoje pracujących dorosłych, podczas gdy w Niemczech na ogół pracuje jedna osoba (mężczyzna). Jest to skutkiem niskich płac na amerykańskim rynku pracy, które uniemożliwiają utrzymanie rodziny z dochodów tylko jednej osoby pracującej.

Błędem byłoby jednak postrzeganie dobrobytu rodziny i społeczeństwa w kategoriach li tylko pieniężnych. Poza wskaźnikami ekonomicznymi istnieją także korzyści niezmierzalne finansowo, niezbędne do prawidłowego rozwoju człowieka, rodziny i społeczeństwa. Należy do nich przede wszystkim czas wolny. Można wykorzystać go zarówno do indywidualnego, jak i wspólnego wypoczynku, rozwijania zainteresowań, udziału w kulturze czy regeneracji sił po pracy. 

Wolny czas sprzyja aktywnościom w gronie rodzinnym, które mają pozytywny wpływ na scalanie więzów rodzinnych, m.in. poprzez poprawę komunikacji między członkami rodziny, co sprzyja rozwiązywaniu problemów. Warunkiem zwiększenia czasu wolnego pracowników jest zmniejszenie dziennego wymiaru czasu pracy – w Niemczech wynosi on 7 godzin.

Co powoduje, że pracownicy niemieccy świadomie dokonują rezygnacji z części dochodów na rzecz większej ilości czasu wolnego? Odpowiedzi trzeba szukać w różnicach kultury i tradycji obu krajów. Oprócz większego konserwatyzmu obyczajowego i silnego modelu tradycyjnej rodziny, Niemcy w przeciwieństwie do Amerykanów posiadają na rynku pracy sprawną reprezentację związków zawodowych oraz wypróbowany przez wiele dekad system negocjacji warunków pracy i płacy w postaci branżowych układów zbiorowych.

Z punktu widzenia rodziny najbardziej korzystnym modelem polityki gospodarczej byłaby taka koncepcja, w której rynek gwarantuje dochody wystarczające do godnego życia nie tylko jednostek, ale całych rodzin. Przykład Niemiec pokazuje, iż zrealizowanie idei prorodzinnego rynku w kapitalizmie zapewnia koncepcja społecznej gospodarki rynkowej, w przeciwieństwie do wolnorynkowej. Niezbędny dla urzeczywistnienia tej koncepcji jest aktywny udział państwa zorientowanego na zwiększanie dobrobytu ogółu społeczeństwa i prowadzącego politykę gospodarczą, której celem powinno być umożliwienie obojgu rodzicom pogodzenia obowiązków zawodowych i domowych. 

Niezbędna jest także silna reprezentacja związków zawodowych, która zapewnia rodzicom zabezpieczenie ich dochodów i walczy o skrócenie tygodniowego czasu pracy (do siedmiu godzin), co umożliwi zwiększenie ilości czasu wolnego z korzyścią dla rodziny. Zgodność na linii rynek-rodzina, czyli zarazem na linii ekonomia-tradycja, wydaje się podstawową przesłanką do kształtowania skutecznej i najbardziej odpowiadającej potrzebom społecznym polityki gospodarczej. Warto, byśmy i w Polsce uświadomili sobie, że system społecznej gospodarki rynkowej jest kulturowo zdecydowanie bliższy tradycji europejskiej niż model wolnorynkowy.

 
Bibliografia:
Dryszel A., 2009, Finansiści gubią świat – wywiad z prof. T. Kowalikiem, Tygodnik Przegląd 2/2009, http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=wywiad&name=337.

Ehrenreich B., 2006, Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć w Ameryce, Warszawa: WAB.

Gedymin O., 2002, Kapitalizm niemiecki. Szkice o genezie, rozwoju i teraźniejszości, Białystok: Wyższa Szkoła Finansów i Zarządzania.

Kozłowski S.G., 2008, Ameryka współczesna. Pejzaż polityczny i społeczno-gospodarczy, Lublin: Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej.

Poznański K., 2000, Paradygmat ewolucyjny ekonomii porównawczej: nowa interpretacja komunizmu i postkomunizmu (w:) Kowalik T., Hauser J. (red.), Polscy ekonomiści w świecie, Warszawa: Polskie Wydawnictwo Naukowe.

Robinson A., 2007, Pusta amerykańska iluzja, La Vanguardia z dnia 21.02.2007, Polski przedruk:http://www.mowiepopolsku.com/content/view/10247/201/1/0/

Schlecht M.(red.), 2003, Mythos Demografie, Berlin: Vereinte Dienstleistungsgewerkschaft.

Thurow L., 2004, Die Zukunft der Weltwirtschaft, Bonn: Bundeszentrale fuer politische Bildung.

Tyszecka A., 2008, Matka Niemka, Tygodnik Polityka z dnia 22.01.2008, http://www.polityka.pl//Text03,934,242872,18

______________________________________________________________________________

Kolej na wyprzedaży

Dorota Janiszewska

Cz. 1. Brytyjska przestroga

Na zachodzie zostały zdemaskowane zgubne skutki prywatyzacji kolei: masowe zwolnienia, likwidacja połączeń, wzrost cen biletów, obniżenie jakości obsługi i katastrofy kolejowe. Czy ta wiedza uchroni nas przed wywłaszczeniem z kolejnego dobra publicznego?

 W roku 2009 polski rząd sfinalizuje prywatyzację PKP Intercity, a spółka PKP Przewozy Regionalne zostanie przejęta przez samorządy województw. Najprawdopodobniej rok później zostanie sprywatyzowana PKP Cargo, należąca do największych przewoźników towarowych w Europie. Zabiegi te oznaczają formalną likwidację publicznej grupy PKP, a dokonuje się tego pod szumnym hasłem zwiększenia konkurencyjności przez rozbicie monopolu. Niemiecki film dokumentalny „Kolej pod młotek” (org. Bahn unter dem Hammer) uzmysławia, że prywatyzacja kolei przynosi w praktyce szereg szkód pasażerom i kolejarzom: likwidację połączeń, obniżenie jakości obsługi, wzrost cen biletów, masowe zwolnienia, a zaniechanie inwestycji spowoduje zwiększenie ilości wypadków.

Jednolity scenariusz

Na negatywne skutki prywatyzacji nie będziemy musieli długo czekać, gdyż powtórzy się w Polsce tragiczny scenariusz, znany z doświadczeń kolei brytyjskiej i niemieckiej. W obu rozwiniętych krajach zachodnich prywatyzacja okazała się odejściem od statutowej roli kolei, którą jest zapewnienie mobilności wszystkim obywatelom. Nowi, prywatni właściciele potraktowali publiczny transport szynowy wyłącznie jako środek do uzyskania maksymalnych profitów dla siebie. Nie można mieć złudzeń, że w Polsce scenariusz prywatyzacji przebiegnie inaczej niż na Zachodzie, gdyż wszędzie, gdzie on występuje, opiera się na jednolitej strategii w duchu wolnorynkowej ekonomii globalizacji. 

Jednak grozi nam w Polsce dodatkowe niebezpieczeństwo w odróżnieniu od Niemiec czy Wielkiej Brytanii, gdzie prywatyzacji kolei dokonano głównie na rzecz prywatnych firm z kapitałem narodowym. W przypadku Polski istnieje poważne ryzyko przejęcia całości Kolei Państwowych przez kapitał zagraniczny, przez co zmieni się tylko właściciel, a pozycja monopolisty dalej zostanie utrzymana. Byłby to najgorszy scenariusz, jednak przykład przejęcia państwowej monopolistycznej Telekomunikacji Polskiej przez państwowego monopolistę francuskiego France Telekom pokazuje, że scenariusz taki jest całkowicie realny. Tyle że w przypadku polskich kolei najbardziej prawdopodobne będzie przejęcie przez niemiecki kapitał Deutsche Bahn.

Przekręt stulecia

Ponieważ w Wielkiej Brytanii dokonano pierwszej w Europie prywatyzacji kolei w całości, ze wszystkimi tego konsekwencjami, najpierw więc zostanie omówiony właśnie przypadek brytyjski. W następnym artykule z cyklu przedstawię skutki częściowego sprywatyzowania kolei w Niemczech, a w kolejnym zaproponuję alternatywne rozwiązania dla wyprzedaży rodzimego kolejnictwa.

W bilansie za rok 1994 w posiadaniu British Rail, będącej dotąd własnością państwa i podatników, było 25.700 km szyn, 3.600 dworców i setki tysięcy hektarów ziemi. Majątek ten wyceniono na 6,4 mld funtów. W tym samym roku torysi sprzedali całą kolej za 1,9 mld funtów. To był przekręt stulecia! – podsumowuje transakcję Tommy Sheridan z Socjalistycznej Partii Szkocji. Peter Rayner, były menedżer British Rail dodaje: Kolej sprzedano bankom i nowym właścicielom, a na tej operacji zrobiła wielki interes określona grupa ludzi. Prywatyzację można więc uznać za wielki sukces. Ale tylko wtedy, gdy ktoś był bankierem, prawnikiem albo księgowym.

Spółkowanie

Prywatyzacja złamała zwartą strukturę organizacyjną British Rail, dzieląc jej majątek i zatrudnionych ludzi pomiędzy 25 różnych spółek. Spowodowało to zerwanie więzi między pracownikami, a warunki pracy zmieniły się na gorsze. – ocenia Pete Rowland ze związku zawodowego RMT – Koledzy, którzy dotąd pracowali przez wiele lat razem, nagle trafili do kilku różnych firm, włożyli odmienne mundury i nie rozmawiają już więcej ze sobą.

Pracownicy w sprywatyzowanych firmach zatrudniani są przez agencje pośrednictwa pracy, co sprzyja niskim płacom i tymczasowości zatrudnienia. Co prawda dziś wśród pracowników brytyjskiej kolei ponad sto tysięcy osób posiada certyfikat pozwalający na dokonywanie napraw i konserwacji, ale nie pracują one w ramach stałych umów o pracę. To tak zwani wolni strzelcy, czyli młodzi, niedoświadczeni ludzie, którzy zrobili papierek, ale nie mają fachowej wiedzy bo w tym tygodniu pracują na kolei, a w następnym przy budowie domu lub autostrady. – mówi Alex Gordon, maszynista zrzeszony w RMT. – Starzy kolejarze, posiadający prawdziwe certyfikaty i kompetencje, dokładnie wiedzą, jakie zagrożenia niosą ze sobą zaniedbania na kolei. Nie mogą jednak głośno o tym mówić, bo stracą pracę i więcej jej nie znajdą. – dodaje.

Rozdrobniona została nie tylko siła robocza, ale także infrastruktura. Mimo że formalnie infrastrukturę przejęła firma Rail Track, to zrzekła się ona bezpośredniej odpowiedzialności za stan torów, gdyż prace konserwacyjne zleciła innym firmom zewnętrznym. Te wynajmowały do wykonania obowiązków kolejne firmy outsourcingowe, a one kolejnych podwykonawców – wszystko w celu ciągłej minimalizacji kosztów. W ten sposób rozrósł się pokaźny łańcuszek firm-pośredników wzbogacających się na majątku British Rail. 

Przetargowa utopia

Zwolennicy prywatyzacji kolei głoszą, że wprowadzenie systemu przetargów na obsługę danej trasy zapewni odciążenie budżetu państwa i wzrost konkurencyjności na torach. Przez to nastąpi polepszenie jakości obsługi podróżnych, do czego według nich nie jest zdolny monopolistyczny monolit kolei państwowych. Praktyka pokazuje jednak, że przetarg nie zmienia nic oprócz właściciela: monopol państwowy zastępuje monopolem prywatnym, który państwo musi dalej dotować, a dumping kosztów stosowany do wygrania przetargu przerzucany jest na pasażerów, którzy otrzymują usługi gorszej jakości.

Formuła wolnorynkowego przetargu polega na tym, że większość technicznych wymagań zostaje na starcie ściśle określona, a jedynym kryterium decydującym o wyborze inwestora jest cena. Powoduje to, iż konkurencja firm startujących w przetargu sprowadza się dumpingowej licytacji, gdyż zwycięży ta oferta, która zaproponuje najniższe koszty wykonania. Ta procedura może sprzyjać także zjawisku korupcji, gdyż firmy zdeterminowane na wygranie przetargu zrobią wszystko, by nieoficjalnie dowiedzieć się, jaką ofertę zaproponował konkurent i ją przebić.

Przetargi na obsługę sprywatyzowanych połączeń wygrywały firmy proponujące najtańszą ofertę. Szybko się jednak okazywało, że ma się ona nijak do realnych kosztów obsługi. Więc prywatne firmy po wygraniu przetargu zaczęły żądać subwencji z budżetu. Dlatego państwo musi teraz dopłacać do kolei wiele milionów funtów więcej niż przed prywatyzacją. – mówi Peter Rayner, były menedżer British Rail.

Prywatny monopol

Fikcją jest twierdzenie, że przetarg likwiduje monopol. Wręcz przeciwnie – przetarg sankcjonuje monopol, tyle że tym razem prywatny. Bowiem wygrana w przetargu oznacza, że dany przewoźnik ma wyłączność na obsługę określonej trasy. Konkurencja w tym przypadku istniałaby jedynie, gdyby państwo lub gmina zapewniły na tej trasie równoległy transport alternatywny (np. autobusowy), który mógłby rywalizować o klientów z przewoźnikiem szynowym.

Dumping cen stosowany przez prywatne firmy odbija się negatywnie na jakości obsługi i godzi w interesy pasażerów oraz pracowników kolei, na których przerzucane są koszty oszczędności. Monopolistom prywatnym nie zależy na inwestycjach, podwyżkach płac ani poprawie warunków obsługi klienta, bo wieloletni kontrakt na wyłączność gwarantuje im zyski niezależnie od jakości zarządzania. Gdyby wszystkie firmy kolejowe działały pod jednym dachem, usługi byłyby zdecydowanie lepsze. – ocenia cytowany w filmie brytyjski pasażer – Pociągi są często spóźnione, a w środku brudno i tłoczno. Właśnie wracam ze Szwajcarii. W porównaniu z tamtejszą, nasza kolej jest żenująca. Tam pociągi są punktualne i czyste, a dogodną przesiadkę można znaleźć bez problemu w pięć minut.

Ekspres sardynek

Gdy czas monopolistycznego kontraktu się skończy, skompromitowana firma zawsze może zmienić szyld i wystartować w kolejnym przetargu ponownie. W systemie tym nie ma miejsca na społeczną kontrolę procesu przetargu, bo ani pasażerowie ani pracownicy nie mają w nim prawa głosu. Najlepiej wiedzą o tym sami Brytyjczycy, którzy w filmie komentują stan rodzimego kolejnictwa.

Rocznie wydaję prawie cztery tysiące funtów na bilet miesięczny. Jest ważny tylko na trasie Odlient-Londyn i w londyńskim metrze. – opowiada zagadnięty mężczyzna – Bilet całodzienny kosztuje 30 funtów. W zamian nie ma żadnego serwisu. W zeszłym miesiącu trafiły się cztery dni bez ogrzewania. Wczoraj wagony były pełne śmieci. Firmy są w umowach zobligowane do modernizacji kolei. Ale nie jest rzadkością, iż nagle zatrzymujemy się na trasie, maszynista wychodzi i kopie w zepsute drzwi, bo się nie domykają. Potem jedziemy dalej.

Rok temu firma wprowadziła taką zmianę rozkładu jazdy, że zlikwidowano jedną trzecią pociągów w godzinach szczytu. – skarży się kobieta siedząca obok – Miało to straszliwe dla nas skutki, bo znacznie utrudniło dojazd do pracy, szkoły czy na uniwersytet Cambridge... Gdy zgłaszamy do firm nasze uwagi, zasłaniają się umowami. Nikt nie chce być za nic odpowiedzialny!

Fakt niezadowolenia pasażerów z jakości obsługi jest ujawniany jedynie na łamach lokalnych gazet, których nagłówki przytaczane w filmie mówią same za siebie: „Sprzeciw dla wysokich cen biletów”, „SOS w ekspresie sardynek”, „Serwis kolejowy w ogniu krytyki”, „Pasażerowie tracą cierpliwość”. Organizowane są także spontaniczne społeczne kampanie zbierania podpisów, na przykład pod „petycją przeciw zatłoczonym pociągom”. Jednak ten zryw społecznej inicjatywy rozbija się o mur obojętności ze strony firm oraz gmin, które zasłaniają się umowami przetargowymi.

Śmiertelne oszczędności

Zaniechania w zakresie koniecznych inwestycji i konserwacji infrastruktury umożliwiły prywatnym właścicielom poczynienie ogromnych oszczędności, które przedstawiano w corocznych bilansach jako zysk i dowód wzorowego zarządzania. Profity w ten sposób uzyskane, zostawały konsumowane przez zarządy i rady nadzorcze, na czele których stali inwestorzy zainteresowani nie tylko natychmiastowym zwrotem sumy wyłożonej na przejęcie British Rail, ale zarabianiem na tej inwestycji.

Sprywatyzowaną British Rail wkrótce wprowadzono na giełdę, by poprzez sprzedaż akcji wypracować kolejne krociowe zyski dla zarządu. Za jedną akcję Rail Track płacono w pewnym momencie 17 funtów, a to bardzo duża suma. – wspomina Alex Gordon – Akcjonariusze osiągali wtedy ogromne zyski. Ale tylko dlatego, że w nic nie inwestowali. Ani centa na konserwację czy codzienne naprawy torów.

Rezultatem zaniedbań infrastruktury i wykształcenia personelu była seria katastrof kolejowych. W roku 1997 w Londynie maszynista przejechał na czerwonym sygnale i zabił siedem osób. W tragicznej kolizji z roku 1999 w Ladbroke Grove koło Paddington zginęło 31 osób. Rok później przyczyną straszliwego wypadku w Hatfield było rozszczepienie szyn, zaistniałe jako wynik długotrwałego unikania napraw i zmęczenia materiału. 

Eksplozja biurokratyzmu

Kolejnym skutkiem ubocznym prywatyzacji jest eksplozja biurokratyzmu, gdyż każda ze spółek i firm podwykonawczych prowadzi oddzielną administrację. Z każdym dniem rośnie góra papierów, standardów, umów i uzgodnień. Do każdego paragrafu umowy jest około trzydziestu prawniczych zastrzeżeń. Tego nie było wcześniej. – ocenia Peter Rayner.

Patologia biurokratyzmu i związana z nią niechęć do odpowiedzialności ujawniły się szczególnie jaskrawo w lutym 2007, kiedy to w Cumbrii zepsuta zwrotnica spowodowała zderzenie dwóch brytyjskich pociągów i śmierć jednej osoby. Na miejsce tragedii przyjechało czternaście firm, bo okazało się, że oba pociągi, właściciel torów, konserwator, maszyniści, a nawet wagony i lokomotywy należały do różnych spółek i miały różnych właścicieli. I każdy z nich przybył z adwokatem i zamiarem zrzucenia winy na innych. – opisuje Rayner.

W efekcie serii kolejowych tragedii kurs akcji Rail Track spadł w roku 2001 poniżej trzech funtów i firma zbankrutowała. Państwo zostało zmuszone do powtórnego znacjonalizowania British Rail, jednak operacja ta kosztowała brytyjskich podatników 110 miliardów euro. 

Podatnik zapłaci

Tu nie chodzi o kolej, klientów czy serwis. Tu chodzi tylko i wyłącznie o kasę. Tylko ona się liczy.  – Peter Rayner nie ma złudzeń co do celu prywatyzacji kolei. Po raz kolejny okazało się, że oddanie dobra publicznego powszechnego użytku w prywatne zarządzanie oznacza w praktyce gwarancję krociowych zysków dla wąskiej grupy uprzywilejowanych inwestorów. Są oni zorientowani wyłącznie na swój egoistycznie pojęty interes maksymalizacji zysków i odrzucają jakąkolwiek społeczną odpowiedzialność zarówno za dobro publiczne im powierzone, jak i za obywateli, którym kolej ma służyć.

Natomiast za błędne decyzje inwestycyjne prywatnych właścicieli, będące świadomym działaniem na szkodę interesu publicznego, muszą płacić wszyscy obywatele. Ten iście niemoralny mechanizm, który wolnorynkowi inwestorzy opanowali do perfekcji, określa się prywatyzacją zysków i uspołecznianiem strat. Jako obywatele musimy wspólnie odpowiedzieć na pytanie, czy mamy zamiar tolerować tę patologię.

Alex Gordon, brytyjski maszynista cytowany w filmie, wzywa do obywatelskiego działania: Żądamy od was, od pracowników i opinii publicznej, odrzućcie prywatyzację kolei! Testowano ją u nas i okazała się fiaskiem. Czy posłuchamy tej rady, czy po raz kolejny powiemy „mądry Polak po szkodzie”?

Źródło:
Lorenz H. i Franke L. (reż.), 2007, Bahn unter dem Hammer (film dok.), DVD, Niemcy: Kernfilm.

Wolf W., 2007, Mit Hochgeschwindigkeit auf’s falsche Gleis. Bahnprivatisierung in Deutschland und international, Monachium: Institut für sozial-ökologische Wirtschaftsforschung.


______________________________________________________________________________

Mity demografii

Dorota Janiszewska

Liberalni politycy i media straszą, że państwa juz nie stać na zapewnienie godnego życia emerytom. A jak jest naprawdę? 

W Europie zmiany w strukturze ludności według wieku dokonują się niezmiennie na przestrzeni stuleci. Zmiany te to przede wszystkim skutki rozwoju medycyny (leki i publicznie dostępna opieka zdrowotna) oraz postępu społecznego. Dzięki wprowadzeniu ubezpieczeń społecznych (państwowych i prywatnych), dzieci nie są już jedynym zabezpieczeniem rodziców na starość. Zastosowanie antykoncepcji spowodowało, iż planowanie rodziny stało się wolnym wyborem rodziców. Jako konsekwencja tych zjawisk, nastąpiła zmiana wzorca płodności kobiet i spadek liczby urodzeń.

W wieku XIX w Europie jedna kobieta rodziła średnio czworo-pięcioro dzieci, w wieku XX dwoje-troje, a na początku XXI w. jedno bądź dwoje. Bez tej zmiany żyłoby dzisiaj np. w Niemczech 160 milionów ludzi (zamiast obecnych 82 milionów)! (1) Zatem zmianę struktury demograficznej rozpatrywać można w kategoriach ciągłego procesu. W trakcie XIX. i XX. wieku zwiększał się poziom życia, zdrowia i dobrobytu społeczeństw europejskich, głównie poprzez rozwój opiekuńczości państwa.

Starzenie się to nic nowego

Największe zmiany w demografii dokonały się po II wojnie światowej. Wtedy też miał miejsce największy wzrost liczby osób starych w populacji. W 1900 r. na jedną osobę w wieku emerytalnym (powyżej 65 roku życia) przypadało 12 osób w wieku produkcyjnym (15–64 lata). W 1950 r. było to już o połowę mniej. Czyli najbardziej gwałtowną zmianę struktury wieku społeczeństwa europejskie mają już za sobą. I ówczesny system finansowo-emerytalny państwa poradził sobie z utrzymaniem wzrastającej liczby emerytów. A działo się to w czasie rozbudowy państwa socjalnego, a nie podczas jego likwidacji.

Dlaczego więc dziś szeroko mówi się w opiniotwórczych mediach o groźbie zawału finansów publicznych z powodu starzenia się społeczeństwa? Niniejsze opracowanie spróbuje dowieść, iż za problemem wydolności finansów publicznych nie stoją wyłącznie problemy demograficzne. I że propagowanie zagrożenia demograficznego przez polityków służy celowi zakrycia rzeczywistego problemu, którym jest nierówny podział zysków z produktu krajowego brutto (PKB).

Za symbol dobrobytu niemieckich seniorów podaje się często stereotypowy obrazek ich egzotycznych wycieczek. Jest on prawdziwy dla generacji, która pracowała w czasach „cudu gospodarczego” lat 50-60., kiedy to bezrobocie wynosiło 0,5 proc. (2). Jednak sytuacja obecnych niemieckich emerytów nie jest już tak optymistyczna, o czym będzie mowa w dalszej części. Niemniej jednak dobrobyt seniorów nie może być postrzegany jako problem, ale jako osiągnięcie! Bo przecież każdy człowiek chce godnie żyć na starość.

Seniorzy obciążeniem?

Dlaczego więc emeryci są często przedstawiani jako obciążenie dla systemu, tak jak pisze o nich H. Sinn w książce „Demograficzny deficyt”? „Seniorzy jeszcze korzystają z rozrywek finansowanych im przez niemiecki system ubezpieczeń społecznych, jeżdżą na luksusowe wycieczki do najbardziej egzotycznych krajów świata (...) Żeby zabezpieczyć im transfer emerytur, nigdzie tak wiele nie zabiera się z dochodów ludzi obecnie pracujących, jak w Niemczech” (3).

Ten obraz jednostronnych korzyści tylko dla seniorów jest fałszywy. Przemilcza on bowiem bardzo ważną rolę ludzi starszych w społeczeństwie. Usługi opieki płyną w rodzinie od starszych do młodszych (np. opieka babci nad dziećmi, gdy rodzice pracują). W 2003 r. co czwarta osoba w wieku 70–85 lat świadczyła takie usługi na rzecz dzieci (co siódma na rzecz wnuków). W 1996 r. 30 proc. osób w wieku 65–80 lat przekazało rodzinie pieniądze, które w 84 proc. dostały dzieci i wnuki (4). Ponadto pod koniec życia następuje przekazanie majątku dzieciom w formie spadku, dzięki czemu powiększa się realny majątek następnego pokolenia w porównaniu z poprzednim. Oprócz materialnych korzyści nieocenione są także inne społeczne zasługi generacji ludzi starych: przekazywanie wiedzy i doświadczenia życiowego oraz miłości i bezpieczeństwa.

Neoliberalne reformy

Emeryci (osoby w wieku poprodukcyjnym) stanowią w Europie średnio 16 proc. populacji. W Niemczech, zaliczanych do krajów najstarszych demograficznie, stanowią 20 proc., a w Polsce – 13 proc. (5). Dlaczego więc w Polsce, która znajduje się znacznie poniżej średniej europejskiej oraz ma jedne z największych w Europie zasoby ludności w wieku produkcyjnym (70 proc. społeczeństwa), coraz częściej słychać o „groźbie zawału finansów publicznych”, a emerytom powtarza się: „nie licz na państwo”?

Również w Niemczech rządzący rezygnują z zapewnienia zabezpieczenia społecznego dla seniorów odchodząc od idei państwa socjalnego, jako główny argument podając postępujący proces starzenia się społeczeństwa. Kanclerz Gerhard Schroeder ogłosił w Bundestagu w 2003 r.: „Jeśli nie zmienimy procesu starzenia się ludności, doprowadzi to do niewypłacalności systemu ubezpieczeń społecznych. Musimy wykazać się odwagą do zmian. Musimy się pożegnać z tym co nam miłe, ale niestety też drogie”. Były kanclerz miał tu na myśli odejście od idei państwa socjalnego, na której to idei opiera się system społeczno-gospodarczy Niemiec po II wojnie światowej (6).

Największe niemieckie partie (SPD, CDU, FDP i Zieloni) są zgodne: starzenie się jest jednym z najważniejszych problemów niemieckiego społeczeństwa i określają je jako „demograficzna bomba, która coraz głośniej tyka”. Jako antidotum partie te podają bez alternatywy rozwiązania zgodne ze Strategią Lizbońską: cięcia oraz prywatyzacja w ubezpieczeniach społecznych i emeryturach. Rozwiązania te są zebrane w dwóch dokumentach jako tzw. reformy Rürupa (od nazwiska ich twórcy – prof. Rürupa) oraz Agenda 2010. Agendę 2010 tworzy pakiet reform rządowych do walki z bezrobociem poprzez obniżanie kosztów pracy, cięcia w zasiłkach i wsparcie zatrudnienia w przedsiębiorstwach prywatnych (nie ma w nim mowy o inwestycjach publicznych czy o konieczności zwiększenia udziału kobiet w życiu zawodowym).

Natomiast prof. Rürup proponuje rządowi następujące rozwiązania:
 – Przedłużenie wieku emerytalnego do 67 roku życia (dla kobiet i mężczyzn) – decyzją Bundestagu z 2007 r. przedłużony wiek emerytalny zacznie funkcjonować od 2012 r. (zgodne jest to w Polsce z programem Platformy Obywatelskiej, która chce w 2020 r. zrównać wiek emerytalny do 65 lat dla kobiet i mężczyzn, a w 2025 r. przedłużyć go do 67 lat dla obojga płci).
 – Składka emerytalna nie powinna przekroczyć 22 proc. do 2030 r., żeby „nie podnosić pracodawcom kosztów pracy” (w Polsce składka ta wynosi 19 proc.).
 – Obniżanie średniego poziomu emerytur (w stosunku do średniej płacy) aż do 38 proc. w 2040 r. Wcześniejsza reforma, tzw. reforma Riestera zakładała obniżenie do 41 proc. W 2001 r. miała miejsce reforma systemu emerytalnego, która obniżyła poziom średniej emerytury z 70 do 67 proc. ostatniej płacy.

Ubóstwo na starość

Ten ostatni punkt niesie z sobą ogromne pogorszenie sytuacji materialnej emerytów. W 2003 r. średnia niemiecka emerytura wynosiła dla mężczyzny 1 000 euro, a dla kobiety 500 euro. Są to sumy, które nie wystarczają na godne życie w Niemczech, szczególnie dla osób wydających dużo na leki. Z tego powodu poniżej granicy ubóstwa żyje aż jedna czwarta Niemców po 65 roku życia!

Według standardów Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO) płaca minimalna powinna stanowić 50 proc. płacy średniej (w Polsce stanowi 35 proc.) (7). Komitet Ekspertów Rady Europy określił wynagrodzenie godziwe jako 68 proc. średniej płacy (8). Komisja Rürupa żąda zatem obniżenia niemieckich emerytur do poziomu płacy minimalnej. Wynikiem tego będzie radykalne zwiększenie ubóstwa ludzi starych! Nowa pani kanclerz Angela Merkel zdaje się nie zauważać tego niebezpieczeństwa, stając się kontynuatorką rozpoczętych przez Schroedera reform. W 2005 r. Merkel powiedziała: „Chcę osobiście podziękować kanclerzowi Schroederowi za odwagę we wprowadzaniu reform naszego systemu socjalnego” (9).

Bezrobocie przyczyną problemów

Politycy potęgując zagrożenie niewydolnością finansów publicznych z powodu starzenia się społeczeństwa, przemilczają prawdziwe przyczyny problemu. Zdolność sfinansowania przyszłych świadczeń nie zależy bowiem od demografii, ale od aktywności zawodowej obywateli oraz prawidłowej polityki budżetowej i fiskalnej państwa.

Głównym problemem Polski pozostaje bardzo niska aktywność zawodowa ludności, na którą składa się bezrobocie, niska aktywność zawodowa kobiet i osób starszych oraz błędy w systemie edukacji. Według Lisbon Council w 2007 r. wskaźnik zatrudnienia w Polsce wyniósł 44 proc., co jest najgorszym wynikiem w Unii Europejskiej. Niepokojący pozostaje również fakt, iż wskaźnik zatrudnienia w Polsce wynosił tyle samo w 2002 r., co oznacza, iż nie zwiększyło się w tym czasie zatrudnienie, a spadek bezrobocia jest głównie wynikiem emigracji ludności po wstąpieniu do Unii Europejskiej.

Niepokój w Polsce budzi również bierność zawodowa kobiet, gdyż ponad połowa kobiet zdolnych do pracy nie pracuje (jeden z najgorszych wyników w UE). Małe szanse na rynku pracy mają także osoby po 50. roku życia, które są coraz częściej przepędzane z życia zawodowego (25 proc. bezrobotnych w Niemczech to osoby powyżej 50 roku życia). W porównaniu ze Szwecją, gdzie pracuje aż 69 proc. osób po 55 roku życia., wynik Polski z 27 proc. jest skandalicznie niski.

Bezrobocie oznacza brak wpływów do budżetu państwa w postaci składek osób pracujących oraz rosnące koszty utrzymania bezrobotnych (zasiłki). W 2003 r. budżet Niemiec wydał 80 mld euro na zasiłki dla bezrobotnych. To rosnące obciążenie państwa jest jedną z przyczyn deficytu budżetowego. Utrzymujące się bezrobocie oraz niskie płace ludności powodują zmniejszenie siły nabywczej na towary.

Ten problem świetnie widać na przykładzie Niemiec, które są światowym numerem jeden w eksporcie, ale mają bardzo słaby popyt wewnętrzny, co było powodem recesji gospodarczej w Niemczech w latach 2001–2005. Słaby popyt wewnętrzny blokuje wzrost produkcji i zatrudnienia, gdyż krajowe firmy w obliczu niskiej konsumpcji są zmuszone do polityki oszczędnościowej: ograniczają produkcję, zmniejszają płace, a w końcu i zatrudnienie. Są to skutki tzw. „schładzania gospodarki” stosowanej przez polityków neoliberalnych, którzy negują jakiekolwiek formy aktywnych działań państwa na rynku pracy.

Alternatywą dla neoliberalnej polityki gospodarczej jest rozwiązanie przedstawione przez niemiecki Zjednoczony Związek Zawodowy Pracowników Usług VER.DI, będący największym wolnym związkiem zawodowym na świecie (10). Podług zasady, iż każdy zatrudniony to wpływy dla państwa w postaci podatków, z których wypłacane są potem emerytury i ubezpieczenia społeczne, państwo powinno prowadzić politykę prozatrudnieniową, zwiększającą aktywność zawodową obywateli i wydajność ich pracy.

Wydajność zapewni emerytury

W 2007 r. w Niemczech na jedną osobę w wieku emerytalnym przypadały statystycznie 3,4 osoby w wieku produkcyjnym. Ale ponieważ na 55 milionów ludności Niemiec w wieku produkcyjnym pracuje ok. 72 proc. (40 mln), a reszta pozostaje bezrobotna, niezdolna do pracy lub w trakcie kształcenia, to w rzeczywistości na 1 emeryta przypada 2,5 osoby w wieku produkcyjnym. W Polsce istnieje podobna proporcja. W 2007 r. Polska posiadała 27 milionów ludności w wieku produkcyjnym, co stanowi 70 proc. społeczeństwa, a dzięki temu jeden z największych zasobów pracy w Unii Europejskiej. Zatem statystycznie na jedną osobę w wieku emerytalnym (poprodukcyjnym) przypada 5 osób w wieku produkcyjnym. Ponieważ jednak pracę w Polsce ma tylko połowa (15 mln) ludzi zdolnych do pracy, to w rzeczywistości na jednego emeryta przypadają 3 osoby w wieku produkcyjnym.

Czyli proporcja w stosunku do Niemiec wypada z niewielką korzyścią dla Polski. Pojawia się zatem pytanie, dlaczego średnia polska emerytura (1 000  – 1 500 zł) jest cztery razy niższa niż średnia emerytura niemiecka? Zaznaczyć trzeba, iż koszty życia w Polsce osiągnęły już poziom zachodnioeuropejski, a leki są nawet droższe niż na Zachodzie. Nasuwa się zatem odpowiedź, iż przyczyną są średnio czterokrotnie niższe wynagrodzenia niż w Niemczech. Zatem oprócz polityki prozatrudnieniowej, wsparcia aktywności zawodowej kobiet i osób starszych, potrzeba w Polsce przede wszystkim stopniowego wzrostu płac, aż do osiągnięcia poziomu krajów zachodnioeuropejskich.

Mimo wzrostu liczby osób starszych w populacji społeczeństw europejskich w ciągu XIX–XX wieku, możliwe było zapewnienie im emerytur dzięki wzrostowi wydajności pracy. Dokonał się on przez postęp naukowo-techniczny w procesach produkcji, polepszeniu jakości zdrowia i życia ludności, a także dzięki emancypacji kobiet, której skutkiem był wzrost liczby pracujących kobiet.

Proces wzrostu wydajności obrazuje przykład rolnictwa. Liczba zatrudnionych w tym sektorze gospodarki wynosiła w XIX wieku w Niemczech 90 proc. ogółu zatrudnionych, a w wieku XX już tylko 2 proc. W Polsce było to odpowiednio 80 proc. w 1945 r. i 16 proc. dziś. W Niemczech w 1950 r. jedna osoba pracująca w rolnictwie zapewniała zaopatrzenie w żywność dla 14 osób. Dzięki zastosowaniu lepszych maszyn i metod uprawy, w 2002 r. jeden rolnik produkował żywność już dla 88 mieszkańców. To oznacza wzrost wydajności o 500 proc. w ciągu 50 lat!

Jest to dowodem na to, iż produkcja może rosnąć przy mniejszej ilości zatrudnionych, wzroście płac, a także mniejszej ilości roboczogodzin. Niemiecki produkt krajowy brutto (PKB) potroił się w porównaniu z  1960 r., mimo iż liczba roboczogodzin spadła w tym czasie o 20 proc. (obecny czas pracy w Niemczech stanowi 80 proc. czasu pracy z 1960 r.). Zatem przy zmniejszającej się liczbie ludności (w wyniku starzenia się społeczeństw) oraz skracaniu czasu pracy można zapewnić taki wzrost dochodu narodowego, który starczy na zapewnienie godnych świadczeń emerytalnych dla wszystkich.

Do 2050 r. wydajność w Niemczech będzie wzrastała średnio 1,8 proc. rocznie (potwierdza to zarówno rządowa Komisja Rürupa, jak i niezależny Instytut Prognos), co oznacza wzrost wydajności do tego roku aż o 135 proc.! W 2006 r. statystycznie zatrudniony w Niemczech wytwarzał wartość 28 000 euro (patrz rysunek 1). Przy założeniu pozostawienia liczby zatrudnionych na obecnym poziomie (72 proc.), dzięki prognozowanemu wzrostowi produktywności kwota ta podniesie się do 47 000 euro w  2050 r. Czyli każdy zatrudniony będzie w 2050 r. wytwarzał 2,35 razy więcej niż dziś. Gdyby natomiast zwiększyć zatrudnienie osób w wieku produkcyjnym do 90 proc. (np. w Szwajcarii pracuje 90 proc. mężczyzn w wieku produkcyjnym), co można uzyskać poprzez aktywizację zawodową kobiet i osób po 50 roku życia, to wartość produkcji jednego zatrudnionego wzrosłaby do 56 000 euro w 2050 r., czyli poziom wytwarzanych dóbr podwoiłby się!

Wniosek nasuwa się sam. Wzrost zysków (i PKB na głowę jednego mieszkańca) jest nieunikniony nawet przy pozostawieniu obecnego poziomu zatrudnienia i państwo będzie mieć w przyszłości więcej pieniędzy na cele socjalne (w tym na emerytury) niż dzisiaj! Dlaczego zatem słyszymy od polityków, ekonomistów i dziennikarzy coś całkiem odwrotnego? Ponieważ chcą oni ukryć prawdę o niesprawiedliwym podziale zysków z PKB w społeczeństwie. Gdyby ujawniono ten fakt, mógłby się on stać zarzewiem konfliktu społecznego na wielką skalę. Elity sprowadzają zatem debatę publiczną do tzw. tematów zastępczych (np. demografii), nie zajmując się realnymi problemami społeczno-gospodarczymi. 

Rysunek 1.
Zależność produktu krajowego brutto (PKB) od wzrostu wydajności i zatrudnienia w Niemczech w latach.
Źródło: Opracowanie własne na podstawie Zeitbombe Demografie?, Berlin 2007.

Nierówny podział zysków z dochodu narodowego

Głównym problemem współczesnych państw jest nierówny podział owoców wzrostu gospodarczego. Wzrost zysków z produkcji wypracowywany jest przez pracowników i pracodawców. Natomiast konsumpcja zysków w pierwszej kolejności płynie bezpośrednio do pracodawców (właścicieli firm), a dopiero pośrednio do pracowników w postaci wzrostu płac. Doskonale znany jest opór pracodawców przeciwko podwyżkom płac, gdyż przedsiębiorstwa kapitalistyczne zorientowane są na maksymalizację zysków i minimalizację kosztów. Wywalczenie wzrostu płac trwa więc w czasie, co powoduje, iż większa część wypracowanych zysków zostaje u przedsiębiorców.

W Polsce w 2006 r. zarejestrowano 3,6 mln przedsiębiorców i 15 mln pracowników, a bezrobotnymi pozostaje ok. 3 mln osób (w tym tylko 1,7 mln ma prawo do zasiłku). Gdyby zatem każdy pracodawca zwiększył zatrudnienie o jedną osobę, bezrobocie mogłoby zniknąć. Ale taki proces nie następuje! Zatem oparcie gospodarki tylko na prywatnym sektorze nie jest w stanie zlikwidować problemu bezrobocia. Gdy przedsiębiorstwo państwowe lub komunalne osiąga zyski, inwestuje się je np. w rozbudowę mieszkalnictwa lub infrastruktury drogowej, co daje kolejne miejsca pracy. Gdy inwestorem są firmy sektora małych i średnich przedsiębiorstw, przyczyniają się one do rozwoju lokalnego rynku pracy.

Najzamożniejszym (a są nimi prezesi i menedżerowie sektora wielkich przedsiębiorstw i koncernów) o wysokim poziomie konsumpcji gwarantuje się dziś dalsze pomnażanie zysków poprzez obniżanie podatków. Skutkiem tego procesu jest koncentracja bogactwa w rękach nielicznej grupy ludzi. W Niemczech 0,5 proc. ludności rozporządza aż 25 proc. ogólnego majątku narodowego. Sytuacja nierówności ekonomicznej w Polsce jest jeszcze gorsza. Wskaźnik Giniego, czyli poziom rozpiętości w dochodach między najbogatszymi a najbiedniejszymi, wynosi dla Polski 34, a dla Niemiec 28 (w krajach skandynawskich ok. 23).

Ulgi dla najbogatszych

W dzisiejszej globalnej gospodarce neoliberalnej zauważamy tendencję do zwalniania najbogatszych z obowiązku współfinansowania państwa w postaci sprawiedliwych i proporcjonalnych podatków. Powoduje to, iż wielcy przedsiębiorcy najbardziej zużywając ograniczone przecież zasoby państwa (ziemia, surowce, infrastruktura, siła robocza, środowisko) nie biorą udziału w ich finansowaniu. Ponieważ to nie oni ponoszą koszty zużytych przez siebie zasobów, koszty te są przerzucane na pozostałą, mniej zamożną część ludności (pracowników i drobnych przedsiębiorców). Powoduje to wzrost obciążenia fiskalnego większości obywateli w postaci różnych ukrytych podatków.

W Niemczech w 1975 r. pracownik i pracodawca płacili średnio 30-procentowe podatki na rzecz państwa (patrz rysunek 2). Jednak w 2003 r. pracownik płacił już średnio 36 proc., a pracodawca tylko 14 proc.

Spadek dochodów państwa w postaci podatków od wielkich przedsiębiorców powoduje zmniejszenie środków na statutowe działania państwa, takie jak publiczna edukacja, ochrona zdrowia czy emerytury. Liczne przywileje podatkowe dla wielkich międzynarodowych koncernów powodują brak środków na wsparcie rodzimej przedsiębiorczości i wykluczają wolną konkurencję. W przypadku krajowej przedsiębiorczości zyski krążą na lokalnym rynku przyczyniając się do wzrostu dobrobytu społeczeństwa, a zyski uzyskane w koncernach są wywożone za granicę.

Rysunek 2.
Kształtowanie się obciążeń podatkowych w Niemczech w latach.
Źródło: Opracowanie własne na podstawie Mythos Demografie, Berlin 2003.

 
Jak wspomniano wcześniej, wydajność będzie rosła w Niemczech 1,8 proc. rocznie. Wedle obowiązującego prawa, płace w Niemczech będą rosły w tempie 1,5 proc. Rocznie, a emerytury mają być waloryzowane do roku 2040 o 1 proc. rocznie. Jest to sprzeczne z zaleceniem Komisji Europejskiej z 2005 r., które brzmi: „Wzrost płac realnych powinien być związany ze wzrostem wydajności i sytuacją na rynku (inflacja)”. 

Gdzie są nasze pieniądze?

Mało tego, Komisja Rürupa żąda, by przyrost emerytur obniżyć z 1 do 0,8 proc. rocznie! Istnieje zatem różnica między wzrostem wydajności a wzrostem emerytur wynoszącą 0,8 proc., a Rürup chce tę różnicę zwiększyć do 1 proc. Natomiast przyrost płac chce ograniczyć o 0,3 proc. Gdzie pójdzie zatem ta 1,3-procentowa nadwyżka zysków z PKB, jeśli nie na wyższe płace i świadczenia emerytalne?

Odpowiedź brzmi: zostanie przekazana przedsiębiorcom. Jeśli weźmiemy pod uwagę, iż PKB Niemiec w 2005 r. wyniósł prawie 3 biliony dolarów, to 1 proc. z tej sumy stanowi astronomiczna liczba 30 miliardów dolarów. Jeśli to bogactwo zostanie skierowane do ludzi, którzy już mają większość dóbr materialnych, nadwyżka ta trafi na międzynarodowy rynek giełdowy, stając się przyczyną kolejnych spekulacji giełdowych i kryzysów gospodarczych.

Podział dóbr zatem, do którego dąży rządowa Komisja Rürupa ma przepływać z dołu do góry, czyli od pracowników do przedsiębiorców (zgarniają nadwyżkę 1,3 proc. PKB), czyli od biedniejszych do bogatych, a nie odwrotnie! Powoduje to, że biedni będą swymi podatkami utrzymywać państwo i jego infrastrukturę, a bogaci (poprzez ciągłe obniżki podatków dla najbogatszych i dla wielkich koncernów) będą od tej odpowiedzialności zwalniani. A ponieważ biedni mają mniej zasobów finansowych, to mniej będzie dostawać państwo i znowu państwo będzie zmuszone dokonywać kolejnych cięć. Tak powstaje spirala cięć, a na końcu tego procesu jest upadek finansowy państwa.

Zatem to nie starzenie się ludności zagraża państwu i zdobyczom socjalnym obywateli, ale nierówny podział dóbr w gospodarce narodowej. Demografia w tym wypadku służy do uzasadnienia działań likwidujących zabezpieczenie socjalne obywateli i jest stosowana jako klasyczny zabieg demagogiczny.

Na podstawie postulatów związku zawodowego VER.DI, sformułować można alternatywny model polityki społeczno-gospodarczej niż ten zawarty w rządowych planach reform Rürupa. Główne cechy alternatywnego modelu:

- maksymalne wykorzystanie krajowych zasobów pracy,

- godziwe wynagrodzenie za pracę (wedle Komitetu Ekspertów Rady Europy wynosi ono 68 proc. średniej płacy w danym kraju),

- szeroko dostępne, na wysokim poziomie publiczne wykształcenie (które według analizy OECD zwiększa wydajność),

- wysoki poziom zdrowia ludności (według Międzynarodowej Organizacji Pracy podstawa wzrostu wydajności),

- sprawiedliwy podział zysków ze wzrostu gospodarczego,

- społeczna kontrola nad polityką gospodarczą.

Według niemieckich związkowców zwiększenie dobrobytu ogółu społeczeństwa będzie niemożliwe bez realizacji powyższych postulatów. Wymaga to przewartościowania priorytetów i zmiany polityki gospodarczej z amerykańskiego modelu zorientowanego głównie na wzrost gospodarczy i walkę z inflacją na gospodarkę państwa dobrobytu (model skandynawski).

Najbardziej efektywnym systemem gospodarczym wydaje się być system mieszany, łączący sprawnie funkcjonujące sektory publiczne o strategicznym znaczeniu dla funkcjonowania państwa (m.in. administracja, szkolnictwo, służba zdrowia, energetyka, służby mundurowe) z jednoczesnym wsparciem małej i średniej przedsiębiorczości krajowej oraz dużymi nakładami na badania i rozwój.

Przypisy:
1.Mythos Demografie, pod red. M. Schlecht, Berlin 2003
2.J. Faulenbach (red.), Zeiten des Wandels – Deutschland 1961-1974, Informationen zur politischen Bildung, Wyd. Bundeszentrale fuer politische Bildung, Bonn 1998
3.Mythos Demografie, Pod red. M. Schlecht, Berlin 2003
4.Ibidem (podobnie, jak pozostałe dane, co do których nie ma przypisów)
5.Eurostat (stan na styczeń 2008)
6.Portal Niemcy w świetle faktów i liczb, http://www.tatsachen-ueber-deutschland.de/pl/spo3eczenstwo/main-content-08/zabezpieczenie-socjalne.html (stan na sierpień 2008)
7.Raport MOP dotyczący Globalnych Trendów Zatrudnienia 2003, http://www.mop.pl/html/aktualnosci/aktual_2.html (stan na styczeń 2008)
8.Dane za GUS i strona Kampanii NSZZ Solidarność „Niskie płace barierą rozwoju Polski” http://www.solidarnosc.org.pl/kampania/historia.htm
9.Zeitbombe Demografie?, Wyd. Vereinte Dienstleistungsgewerkschaft, Berlin 2007,
10.Oficjalna strona internetowa VER.DI: http://international.verdi.de/ver.di_fremdsprachig/was_ist_ver.di_-_eine_einfuehrung_auf_polnisch (stan na sierpień 2008)


______________________________________________________________________________

Supermarkety a spirala ubóstwa

Dorota Janiszewska

Branża spożywcza, zaspokajając podstawową potrzebę fizjologiczną człowieka, stanowi najbardziej newralgiczny obszar dla każdego obywatela, bez względu na pochodzenie czy status majątkowy. Przyjrzyjmy się zatem, jakie skutki społeczne i gospodarcze wiążą się z ekspansją wielkich sieci handlowych, które zdominowały współczesny handel detaliczny.

Jako przykład takowej ekspansji zaprezentowany zostanie niemiecki koncern Schwarz, do którego należą znane w Polsce sieci handlowe Lidl i Kaufland. Metody zarządzania tym koncernem i ich skutki dla otoczenia, nazywam za A. Hamannem „systemem Lidl”.

Amerykański pionier
Jakkolwiek niniejsze opracowanie opisuje politykę stosowaną przez konkretnie wybrany koncern Schwarz, to można stwierdzić, iż jest ona w mniejszym lub większym stopniu wdrażana przez pozostałe koncerny branży handlu detalicznego. Pionierem tego systemu jest amerykańska korporacja Wal-Mart, zarządzająca największą siecią sklepów handlowych na świecie. Z tego też względu, tytułem wstępu, zostanie przybliżona sylwetka amerykańskiego giganta handlowego.

Sieć Wal-Mart założył (nieżyjący już) Sam Walton, otwierając w roku 1962 tani dyskont spożywczy w wiejskim i ubogim mieście Rogers w stanie Arkansas. Dziś sieć rozrosła się do olbrzymich rozmiarów: ponad 5 tysięcy filii, w których robi zakupy 150 milionów klientów tygodniowo i 1,7 miliona zatrudnionych na całym świecie uczyniło z Wal-Marta największego pracodawcę prywatnego w Stanach Zjednoczonych. Roczne dochody koncernu w wysokości prawie 300 miliardów dolarów budzą pytania o źródła tego sukcesu. Dewizą S. Waltona, która uczyniła jego sieć tak popularną, było oferowanie najniższych możliwych cen na rynku (o 17-39% niższych niż u konkurentów), szerokiego asortymentu towarów i przyjaznej obsługi klienta. Wkrótce okazało się jednak, iż przyczyny rynkowego sukcesu sieci Wal-Mart są mroczniejsze, niż można byłoby przypuszczać.

Dwa głośne procesy w USA przeciwko koncernowi odbyły się w latach 2005-2007 ujawniając opinii publicznej niesamowitą skalę wyzysku pracowników. W pierwszym procesie pozew zbiorowy wniosła grupa nielegalnych imigrantów zatrudnionych przez Wal-Mart „na czarno” w charakterze dozorców. Pracowali oni siedem dni w tygodniu za stawkę niższą od ustawowej płacy minimalnej w USA, nie mieli prawa do dnia wolnego ani urlopu, zostawali zamykani na noc w sklepie, a koncern narażał ich ponadto na styczność z trującymi substancjami. Proces został zakończony ugodą, na mocy której korporacja zapłaciła 11 milionów dolarów odszkodowania na rzecz budżetu USA. 

Wyzysk ma płeć
Kolejny zbiorowy pozew przeciw Wal-Mart złożyła w 2004 roku grupa 1,6 miliona kobiet zatrudnionych w koncernie w latach 1998-2001, oskarżając firmę o dyskryminację ze względu na płeć w dostępie do płac i awansów. Skarga ta stanowi jak dotąd największy zbiorowy pozew w historii świata! Trwający do dzisiaj proces obnażył nieznaną dotąd skalę wyrafinowanego i zaplanowanego systemu wyzysku pracowników w silnie scentralizowanym koncernie. Wypłacanie pensji szeregowym pracownikom oraz kierownikom filii na poziomie płacy minimalnej powodowało, iż mimo pracy na cały etat nie było ich stać na wynajem samodzielnego mieszkania i pokrycia wydatków na podstawowe potrzeby życiowe. Pracownicy zarabiali tak mało, iż niejednokrotnie nie było ich stać na kupno przecenionych towarów w swoim miejscu pracy!

Notorycznie przedłużano im czas pracy nawet do kilkunastu godzin na dobę nie płacąc za nadgodziny, łamiąc tym samym ustawowy ośmiogodzinny czas pracy i fałszując ewidencję czasu pracy. Pracownicy byli inwigilowani przez system wewnątrzsklepowego monitoringu, poddawani bezprawnym przeszukaniom i poniżani. Kobietom notorycznie płacono mniej niż mężczyznom, nie tylko wtedy gdy oboje piastowali to samo stanowisko, ale nawet gdy kobieta miała wyższe kwalifikacje oraz większy zakres obowiązków i odpowiedzialności. Systematycznie odmawiano też pracownicom dostępu do szkoleń, które były warunkiem do uzyskania awansu. Osoby, które zgłaszały jakiekolwiek krytyczne uwagi na temat polityki pracowniczej koncernu, były natychmiast zwalniane, najczęściej niesłusznie oskarżane przy tym o kradzież. Korporacja prowadziła szeroko zakrojoną działalność niszczącą wszelkie próby założenia związku zawodowego przez pracowników. Aż trudno uwierzyć, iż do roku 2005 w żadnej filii w USA zatrudnieni nie mieli swojej związkowej reprezentacji! Wszystkie te działania i dodatkowo stosowanie dumpingu wobec dostawców umożliwiały utrzymanie Wal-Martowi znacznie niższych cen w porównaniu z konkurencyjnymi sieciami, w których pracownicy mogli zrzeszać się w związki zawodowe.

Biorąc pod uwagę fakt, iż 70-80% załogi Wal-Mart stanowią kobiety, wyżej wymienione nadużycia koncernu dotknęły głównie tę grupę społeczną. Bezsprzecznym jest jednak fakt, iż Wal-Mart w równy sposób oszukiwał swych pracowników bez względu na płeć. Natomiast gorsza pozycja kobiet w koncernie wynikała z panującej dyskryminacji kobiet w społeczeństwie, szczególnie mocnej na obszarach wiejskich i tradycyjnie konserwatywnych stanów południowych USA, gdzie Wal-Mart ma większość swych filii. 

Niemiecki klon
System zarządzania, którego pionierem pozostaje sieć Wal-Mart, kopiowany jest także przez innych pracodawców z branży spożywczej. Pokazuje to globalną skalę istniejącego problemu, którego źródeł szukać trzeba w sposobie zarządzania koncernami. Metody te zostaną omówione na przykładzie sklepów sieci Lidl, gdyż niedawno wydane, dwie tzw. „czarne księgi Lidla” dokumentujące nadużycia przeciwko prawom pracowniczym w Europie pozwalają ocenić jak filozofia „systemu Lidl” oddziałuje nie tylko na pracowników, ale na otoczenie społeczne wszędzie tam, gdzie istnieje filia koncernu Schwarz.

Przedsiębiorstwo to powstało w Niemczech Zachodnich w l.70 XX w., kiedy Dieter Schwarz otworzył swój pierwszy market w Ludwigshafen zapoczątkowując ekspansję sieci w Niemczech. Szczególnie korzystnym momentem dla rozwoju koncernu stał się upadek bloku socjalistycznych państw w Europie Wschodniej i zjednoczenie Niemiec, gdyż otworzył nowe, chłonne rynki zbytu. Ekspansja ta okazała się na tyle udana, iż w roku 2006 sieć liczyła już 7,4 tysiąca sklepów Lidl i Kaufland oraz 100 tysięcy zatrudnionych w 23 krajach Europy. Przyniosło to w roku 2005 dochód rzędu 40 miliardów euro, co stanowi równocześnie ogromny wzrost zysków w porównaniem z rokiem 1990, kiedy wyniosły one 3 miliardy euro.

Niemiecki koncern rodziny Schwarz, wyraźnie wzorujący się na systemie zarządzania Wal-Marta, można uznać za prekursora wprowadzenia systemu korporacyjnego do branży sieciowego handlu detalicznego w Europie. Wiele bowiem metod menedżerskich firmy Schwarz jawi się jako wprost skopiowane z praktyki amerykańskiej korporacji. Nie dzieje się to bez przyczyny: wymienione niżej elementy zarządzania są powszechnie obecne w politykach pozostałych czołowych koncernów branży spożywczej, można więc je uznać za uniwersalne tendencje w zglobalizowanej gałęzi przemysłu spożywczego.

Agresywne ceny

Omawiany system można pokrótce określić, używając sloganu reklamowego Lidl „zawsze taniej”. Polega on na oferowaniu przez firmę najniższych możliwych cen jako strategii przyciągnięcia klientów. Nadrzędnym celem koncernu pozostaje maksymalizacja zysków przy stałej redukcji kosztów. Oszczędności pozyskuje się głównie poprzez niskie koszty niewykwalifikowanego personelu wynagradzanego na poziomie płacy minimalnej, stosowanie dumpingu wobec producentów i dostawców zmuszającego ich do sprzedawania swoich wyrobów poniżej kosztów wytworzenia oraz poprzez niską jakość sprzedawanych produktów (zawierających dużą ilość związków chemicznych i organizmów modyfikowanych genetycznie). Zaoszczędzone w ten sposób środki umożliwiają prowadzenie bezwzględnej konkurencji opartej na agresywnej polityce niskich cen. Polityka ta wykracza poza czysto teoretyczne modele, zgodnie z którymi rynek reguluje ceny. Pozostałe sieci handlowe, jeśli chcą przyciągnąć klientów, również wprowadzają u siebie podobny model zarządzania, który powoduje nakręcanie się „spirali niskich cen” i obniżenie standardów w handlu. 

Zagrożenie z Zachodu

Zaznaczyć trzeba, iż tenże system wyniszczającej konkurencji importowany jest do Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej za pośrednictwem zachodnich koncernów, które dominują w światowym handlu detalicznym (patrz tab.1.). Ma to katastrofalne skutki w odniesieniu do tradycyjnych wschodnioeuropejskich struktur handlowych, które oparte są głównie na małych przedsiębiorstwach rodzinnych i nie są w stanie podjąć konkurencji z gigantami handlowymi. Proces ten zaostrza jeszcze postępująca liberalizacja handlu międzynarodowego, która wydatnie faworyzuje „dużych graczy” na światowych rynkach. Na przykładzie koncernu Schwarz zauważyć można zatem, iż to nie jemu zagraża konkurencja ze strony państw Europy Wschodniej dysponującymi tańszą siłą roboczą, ale przeciwnie! To zachodni koncern wykorzystuje lokalne zasoby taniej siły roboczej do wprowadzania systemu, który próbuje zdominować handel detaliczny w biedniejszych państwach.

Tab.1. Największe sieci handlowe na świecie w roku 2003 według sprzedaży w mln dol.

1. Wal-Mart (USA) 256 329
2. Carrefour (Francja) 79 609
3. Ahold (Holandia) 63 325
4. Grupa Metro (Niemcy) 60 532
5. Kroger (USA) 53 791
6. Tesco (Wielka Brytania) 50 326
7. Target (USA) 48 163
8. Rewe (Niemcy) 44 251
9. Costco (USA) 41 693
10. Aldi (Niemcy) 41 011

Źródło: M+M Planet Retail

Tani niewolnicy
Niskie ceny mają swoje wysokie koszta. Pierwszym z nich jest pogorszenie sytuacji pracowników, a wręcz udokumentowany wyzysk siły roboczej. Zgodnie z raportem Państwowej Inspekcji Pracy z 2004 roku w marketach sieci Lidl i Kaufland w Polsce zdiagnozowano następujące przypadki stanowiące proceder łamania kodeksu pracy:

· We wszystkich skontrolowanych filiach błędnie prowadzono pracownicze karty pracy;

· W 90% filii nie dotrzymywano obowiązku zagwarantowania pracownikowi 11 godzin czasu wolnego od pracy między kolejnymi zmianami;

· W 60% filii źle naliczano nadgodziny i zaniżano ich stawki.

Do tego można dodać za raportem PIP kolejne przykłady, które składają się na obraz rzeczywistości panującej w sklepach Lidl i Kaufland. Warunki pracy są bardzo ciężkie i stresogenne, a biorąc pod uwagę, iż kobiety stanowią średnio 70-80% załogi, dotyka to szczególnie tę płeć. Kobiety wykładające towar na półkach musiały dźwigać znaczne ciężary, a kasjerkom zalecono skanować kody kreskowe z prędkością minimum 40 (!) artykułów na minutę. Zarobki na poziomie płacy minimalnej, nieuregulowane godziny pracy i brak stałych grafików uniemożliwiały pracownikom stabilizację w życiu prywatnym. Do tego dochodziło notoryczne przedłużanie czasu pracy poza umowę bez wypłacania należnych nadgodzin. Jaskrawy przykład udokumentowany przez PIP stanowiła pewna kasjerka, która podpisała umowę na ¾ etatu i takie otrzymywała wynagrodzenie, a w rzeczywistości pracowała 14 godzin na dobę. Notorycznie odmawiano przerw w czasie pracy, a swoisty rekord pobił w tej „dyscyplinie” pewien kierownik działu, który pracował nieustannie przez 25 godzin!

Sukces przez wyzysk

Mobbing w miejscu pracy znajdował się na porządku dziennym –  pracownicy byli poniżani, zastraszani i niesłusznie oskarżani o kradzieże. Stosowano także stałą inwigilację pracowników śledząc ich przez sklepowe kamery, wedle zasady „zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza”. Za wszelkie próby założenia związku zawodowego karano zwolnieniem, a zła atmosfera w miejscu pracy i duża rotacja pracowników nie sprzyja solidarności między nimi i wspólnemu występowaniu w obronie swych interesów.

Mimo podobnych, udokumentowanych nadużyć w sieciach koncernu Schwarz w całej Europie, ten wątpliwy etycznie system zarządzania wydaje się jednocześnie warunkiem sukcesu rynkowego firmy. Roczne zyski bowiem wzrosły z 3 miliardów euro w roku 1990 do 40 miliardów euro w roku 2005, a nakładane przez państwowe organy kontrolne kary za łamanie przepisów stanowią tak znikomy procent zysków, iż nie stają się żadnym impulsem do zmiany polityki koncernu.

Spirala ubóstwa

Zmiany tej nie wymusza także ogólna sytuacja gospodarcza. Filie takich sklepów jak Lidl czy Wal-Mart otwierane są najczęściej w małych miasteczkach z wysoką stopą bezrobocia i w biedniejszych dzielnicach większych miast. Im więcej więc obszarów biedy i bezrobocia, tym bardziej ludzie zmuszeni będą do zakupów w najtańszych sieciach handlowych. Warto zastanowić się jednak nad aspektem, który poruszają zarówno Featherstone, Simms jak i Hamman: globalne sieci handlowe prowadząc agresywną politykę niskich cen i płac prowadzą do powiększania się obszarów ubóstwa i bezrobocia. By wytłumaczyć powyższą zależność, nazwaną przeze mnie „spiralą ubóstwa”, stworzyłam jej graficzne przedstawienie (patrz rys.1.).


Rys. 1. Spirala ubóstwa
Źródło: opracowanie własne.

Grafika ukazuje, iż system niskich cen, bazujący na niskich płacach i dumpingu wobec producentów bazuje na złej sytuacji społeczno-ekonomicznej lokalnego rynku. Wysokie bezrobocie i ubóstwo skłaniają ludzi do robienia zakupów w tzw. tanich sieciach, by zabezpieczyć podstawy swojej egzystencji. Zwiększona sprzedaż owocuje otwieraniem kolejnych filii, które zwiększają skalę problemów powodowanych przez „system Lidl”, a więc coraz więcej ubóstwa wśród pracowników pracujących na poziomie płacy minimalnej (tzw. „pracujący ubodzy”) oraz zwiększenie bezrobocia wśród producentów doprowadzonych do ruiny przez dumping, a także wśród właścicieli małych, osiedlowych sklepików spożywczych, którzy zmuszeni zostali do ich zamknięcia nie wytrzymując agresywnej konkurencji z dyskontami. Kolejny wzrost stopy bezrobocia i ubóstwa wywoła nową falę klientów tanich sieci, z tym że ogólna sytuacja społeczna w punkcie wyjścia jest już znacznie gorsza niż na początku. 

Groźba dla państwa

System ten stanowi zatem samonakręcającą się spiralę, która staje się prawdziwym zagrożeniem nie tylko dla rodzimej branży handlu, ale wręcz dla całej polityki gospodarczej. Zwiększony bowiem obszar ubóstwa i bezrobocia wymaga od państwa zwiększenia nakładów na opiekę społeczną. Państwo i samorządy hojnie wspomagają finansowo zagranicznych inwestorów w postaci zwolnień i ulg podatkowych, czy (prawie) darmowego przekazania terenu pod inwestycję. Biorąc pod uwagę, iż większość zysków koncernów zagranicznych transferowana jest za granicę, do centrali koncernu, powoduje, iż procesy te zaostrzają więc jeszcze i tak już duży deficyt budżetowy.

Tajne kredyty

Nie bez znaczenia staje się tutaj fakt, iż proces liberalizacji handlu międzynarodowego oraz realizujące go takie organizacje, jak Światowa Organizacja Handlu czy Bank Światowy sprzyjają polityce wielkich koncernów. Opinii publicznej w Polsce nie znana jest szerzej informacja (nie podały jej żadne ogólnopolskie media!), iż spółka-córka Banku Światowego (International Finance Corporation) oraz Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju udzieliły koncernowi Schwarz pożyczki w wysokości 300 milionów euro na ekspansję w Polsce, Chorwacji i Bułgarii na lata 2004-2006. Koncern podkreślił we wniosku, iż „inwestycje te maja na celu walkę z ubóstwem”. Z tej kwoty na ekspansję w Polsce (wybudowanie 45 marketów Kaufland) przeznaczono 200 mln euro. Mimo że w 2004 roku Państwowa Inspekcja Pracy ogłosiła swój druzgocący raport na temat łamania praw pracowniczych w filiach koncernu w Polsce, Bank Światowy nie cofnął kredytowania.

Przewrotnie brzmi w tym przypadku argument walki z ubóstwem, biorąc pod uwagę fakt, iż skutkiem takiej, wspomaganej kredytami ekspansji jest postępujące niszczenie tradycyjnych struktur handlu w Europie Wschodniej opartych na małych, rodzinnych sklepach. Przedsiębiorstwa te są niezorganizowane w ponadlokalnych strukturach i nie mają dostępu nie tylko do kredytów międzynarodowych instytucji finansowych, ale także do wieloletnich zwolnień i ulg podatkowych, które zagranicznym koncernom oferują samorządy lokalne. Wszystkie te okoliczności powodują, iż drobny handel nie ma szans w starciu z profesjonalnie przygotowanymi koncernami międzynarodowymi, które dysponują dużym zapleczem finansowym, prawnym i marketingowym. Nie może być więc spełniony warunek wolnej konkurencji i wolnego rynku, które Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłaszają jako swoje podstawowe zasady działania. Zasady wolnego handlu nie są realizowane jednak w praktyce, gdyż jak pokazano na powyższym przykładzie, międzynarodowe organizacje finansowe wspierają nierówną konkurencję. Zjawisko to dobrze podsumowuje szwajcarski ekonomista David Bosshart, który stwierdził, iż „kto opanuje reguły gry systemu kredytów, ten opanuje reguły gry współczesnego kapitalizmu”. Koncerny zagraniczne takie jak Schwarz opanowały doskonale reguły tej gry.

Jednak wciąż otwarte pozostaje pytanie, czy my – obywatele chcemy żyć w świecie opartym na takich zasadach jak „system Lidl”? Wydaje się, iż od odpowiedzi na to pytanie zależy nie tylko przyszłość naszego rodzimego handlu, ale także przyszłość naszego społeczeństwa.


Bibliografia:

Ehrenreich B., Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć, Warszawa 2006

Featherstone L., Wal-Mart: Frauen im Ausverkauf. Meilensteine im Kampf um Arbeitsrechte, Hamburg 2006.

Gadziński M., Rebelia na Wall Street, „Gazeta Wyborcza” z dnia 31.07.2004, http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,2201821.html (stan na czerwiec 2008)

Hamman A., Giese  G., Schwarz-Buch LIDL, Berlin 2005.

Jak Lidl inwigilował swoich pracowników, „Gazeta Wyborcza” z dnia 1.04.2008, http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80282,5077184.html (stan na czerwiec 2008).

Miączyński P., Wal-Mart niedługo w Polsce?, „Gazeta Wyborcza” z dnia 27.06.2005, http://wyborcza.pl/1,75248,2789368.html (stan na czerwiec 2008).

Schwarz-Buch LIDL Europa,  red. A. Hamman, Berlin 2006.

Sieci Wal-Mart grozi pozew 1,6 mln kobiet  http://nowy.zagan.pl/n2187.html (stan na czerwiec 2008)

Simms A., Tescopol. Możesz kupować gdzie chcesz, byle w Tesco, Gliwice 2007.

Strona internetowa kancelarii reprezentującej dozorców przeciwko sieci Wal-Mart: http://www.walmartjanitors.com/wmj94.pl?wsi=0&websys_screen=polishpublic_operationrollback (stan na czerwiec 2008)

Strona kampanii niemieckiego związku zawodowego pracowników usług - VER.DI przeciw nadużyciom w koncernie Schwarz: http://www.verdi.de/lidl (stan na czerwiec 2008)